Na deskach Teatru powstaje nowa farsa autorstwa mistrza gatunku – komediopisarza Ray’a Cooney’a. Z reżyserem przedstawienia – Jerzym Bończakiem, rozmawiał Leszek Skierski.            

Zrealizowane ostatnio w płockim Teatrze farsy dotykają stosunków międzyludzkich i finansowych... Wszystkie oczywiście są pełne gagów, gaf i nieporozumień. Hotel Westminster ma lekkie zabarwienie polityczne. Co się w nim takiego wydarzy?

Hotel Westminster jest farsą farsową, taką jak inne farsy, również pełną gagów, gaf i nieporozumień. Z jedną wszak różnicą – w tym samym miejscu i o tej samej porze spotyka się dwoje polityków z dwóch różnych frakcji, mających diametralnie różne podglądy w sprawach moralności. Ale, czy naprawdę różne? Warto to sprawdzić odwiedzając teatr, w którym Hotel Westminster jest prezentowany.  

Wszystko określa zawrotne tempo, zwroty akcji, gonitwa z czasem, i sześcioro drzwi, osadzonych na silnych zawiasach…

Wszystkie wymienione przez Pana elementy są nieodłącznymi elementami farsy. Nie może wiec ich zabraknąć i w tej inscenizacji. Bohaterów przedstawienia los wplątuje w surrealistyczne wydarzenia, z których wybrnięcie jest zadaniem karkołomnym. Ale sposób, w jaki próbują to uczynić jest sensem tej farsy. Jak w każdej sztuce tego gatunku, tak i tu, drzwi są nieodłącznym elementem scenografii i muszą być solidne, ponieważ używane są bez poszanowania.

Ważna jest też kolejność ich otwierania i zamykania…   

Bardzo ważna! Zwłaszcza wtedy, gdy bohater chce wejść do pokoju, a drzwi niespodziewanie zamykają mu się przed nosem. Trzeba uważać nie tylko na nos. Inne części ciała też mogą być zagrożone. Spektakl w wersji warszawskiej i chorzowskiej okraszony został muzyką na żywo.

A Płocka inscenizacja?

Pomysł wprowadzenia postaci muzyka, grającego na instrumencie na żywo, jest moim autorskim pomysłem. W Teatrze Komedia zaprosiłem do współpracy znakomitego skrzypka Bogdana Kierejszę, w Teatrze Rozrywki w Chorzowie akordeonistę, z towarzyszącym mu kwartetem smyczkowym; a w Teatrze płockim udało mi się pozyskać znakomitego gitarzystę rockowego. Każdy z nich wnosi do spektaklu tak zwaną wartość dodaną, niezwykle urozmaicając akcję i relacje między postaciami.

Ray Cooney napisał sztukę zakładając wykorzystanie w spektaklu sceny obrotowej. Jak do tej sugestii autora podszedł scenograf Wojciech Stefaniak?

Faktycznie, Hotel Westminster napisany jest na „obrotówkę”, a Wojtek miał pomysł na mobilną dekorację, która zmieniana jest przez ekipę techniczną na oczach widzów. Mogę jednak zapewnić, że ten zabieg jest jeszcze jednym elementem urozmaicającym przedstawienie.

Chciałbym pana zapytać o osobisty stosunek do farsy, który jak wiemy cieszy się dużym zainteresowaniem publiczności, ale już niekoniecznie krytyki?

Bardzo wysoko cenię gatunek teatralny, jakim jest farsa. Przede wszystkim dlatego, że wymaga ona od reżysera i aktorów nie lada umiejętności, którym mało kto umie sprostać. Dobrze wystawiona farsa daje publiczności możliwość oderwania się od codziennych problemów, ofiarowując dwie godziny wytchnienia. Bez widzów i ich inteligencji nie ma farsy. A na temat recenzentów wolę się nie wypowiadać. Bo spotkałem w swojej prawie pięćdziesięcioletniej praktyce zawodowej zaledwie kilkoro, którzy obdarzeni są poczuciem humoru i umiejętnością „czytania” fars. Na ogół recenzenci nie mają wątpliwości, że są mądrzejsi od autora, reżysera, aktorów; i wiedzą lepiej jak się farsy pisze, reżyseruje i gra. Zazdroszczę im tak dobrego samopoczucia i proponuję, żeby odrzucili tę „wiedzę” i obejrzeli spektakl jak normalny widz. Może wtedy pojawi się na ich twarzach szczery uśmiech, a nie posępny wyraz „znawcy”.      

Warunkiem dobrze zrealizowanej farsy jest doskonale dobrana obsada, która przekłada się na połowę sukcesu. Aktorzy płockiego Teatru mają spore doświadczenie w kreowaniu postaci komediowych.

Żeby przedstawienie było udane musi się spotkać grupa artystów, posługująca się doskonałą techniką aktorską, precyzją i skupieniem. Ale przede wszystkim potrafiących grać zespołowo. Aktor grający w farsie musi umieć grać tragedie. W płockim teatrze aktorzy grają w eklektycznym repertuarze, począwszy od bajek, przez dramaty i spektakle obyczajowe. Dlatego są przygotowani do grania w farsie, jak mało kto.

Z niecierpliwością oczekujemy premiery Hotelu Westminster w płockim Teatrze, ale i premiery filmu Pan T. w reżyserii Marcina Krzyształowicza, w którym zagrał pan rolę „bohatera” lat 50. XX wieku, towarzysza Bolesława Bieruta.

Mógłbym zażartować, że gram tam główną postać, bo portret Bieruta pokazany jest w każdym pomieszczeniu, do którego wchodzi główny bohater filmu. Dlatego nawet jeśli fizycznie nie występuję w danej scenie, to jestem w niej obecny wizerunkowo. 

Jak przyglądam się portretowi Bieruta, to muszę przyznać, że jest pan do niego trochę podobny. Reżyser chyba nie miał wątpliwości obsadzając pana w tej roli?

Reżyser, kostiumolodzy i charakteryzatorzy próbowali znaleźć podobieństwo jak najbliżej oryginału. Okazało się, że moja twarz jest na tyle plastyczna, że można było z niej zrobić Bieruta.

A jeśli chodzi o mentalną stronę tej postaci?

Musiałem zagrać tak, jak jest napisane w scenariuszu. Operować tekstem podanym przez autora. Jest tam scena, kiedy mówię o marihuanie, nie nazywając tego „marihuaną”, a zielskiem. To ze względu na tę jedną scenę zdecydowałem się zagrać postać Bieruta. Poza tym traktuję to, jak dalszy ciąg mojej historii zawodowej, ponieważ bez przerwy jestem obsadzany w takich, nazwijmy to – „pozytywnych bohaterach”.

Premiera filmu już 25 grudnia br., a płockiej wersji Hotelu Westminster 31 grudnia. Czekamy z niecierpliwością. Dziękuję za rozmowę. 

fot. Piotr Jakubowski