Było fajnie, ale i strasznie

Ewa Jóźwiak pracuje w teatrze od 1974 roku, czyli od początku. Opowiedziała Monice Mioduszewskiej-Olszewskiej, jak pamięta czas, w którym powstawał teatr.

Nigdy pani nie żałowała?

Nie żałowałam. Wiedziałam, że tacy ludzie, jak oni, ludzie kultury i w ogóle związani z tym zawodem, to są troszeczkę inni ludzie. Mają w sobie tyle empatii, że potrafią się pochylić nad człowiekiem i nie dyskredytować go. Dyrektor Skotnicki to był taki człowiek, że kiedy mi potrzeba była pomoc, bo mnie trudne losy życiowe spotkały, to pomógł mi bardzo.

To ciekawe, że pani to mówi, bo często ludzie się naigrawają z artystów/humanistów, że tacy nieprzystosowani, raczej oderwani od rzeczywistości.

To są super ludzie. Oni są inni. Ludzie o szerszych horyzontach. To w nich głęboko siedzi i nikt nie jest w stanie tego wykorzenić. Ja bym się nie zdecydowała nigdy na inną pracę. Bo wiedziałam, że ludzie w bankach, sklepach, w innych zawodach, tacy nie sa. Może nie mają czasu, może nie chcą.

To zacznijmy od początku. W 1974 roku pracowała pani w domu kultury?

Dom kultury był tam, gdzie dziś pałac ślubów, na Kolegialnej. I my stamtąd przeprowadziliśmy się do nowego budynku przy Nowym Rynku. Początkowo miał to być nowy dom kultury.

Jak długo nim był?

Przeprowadziliśmy się tutaj chyba w grudniu albo w listopadzie i już żeśmy słyszeli, taką pocztą pantoflową, że tu będzie coś innego. Ale ten dom kultury jednak był. Ten listopad, grudzień, styczeń, luty, marzec… I my tutaj żeśmy pracowali, ale cały czas mieliśmy z tyłu głowy, że coś nas stąd wykurzy. I przyszedł taki dyrektor, Berwid się nazywał. On tak nam przegadywał, że może teatr zrobią, bo kiedyś tu teatr był. No, ale nikt nie był pewien.

Co pani robiła w domu kultury?

Jak to w domu kultury, robiliśmy wszystko. A to wystawa, a to trzeba było na centralę telefoniczną iść. Wszystko. Ale powiem ci, że lubiłam to.

Jakie były wasze odczucia w związku z pomysłem stworzenia tu teatru?

To były takie czasy, że tej pracy jednak nie było tak dużo. Takiej, jaką my żeśmy wykonywali. Odczucia były takie, że każdy się bał. Wszyscy chodziliśmy jak na nitkach.

Już było wiadomo, że coś się święci?

Wiadomo było, że tu będzie coś innego. Później przyszedł dyrektor Skotnicki, powiedział nam wszystkim, że tu kolejka niech się ustawia – ja tu będę rozmowy kwalifikacyjne przeprowadzał. I przeprowadził rozmowy. I zostaliśmy: Ewa Cichocka, ja, Krzysiek Barański i Elżbieta Ciółkowska.

A ile was wszystkich było?

No tak z pięćdziesiąt osób.

Z pięćdziesięciu osób zostawił sobie cztery?

Tak, bo on rozmawiał z nami i tłumaczył, na czym to polega. Zanim to wszystko ruszy, zanim będzie, tak jak być powinno, to trzeba będzie ten budynek troszeczkę przerobić. Że będziemy robić wszystko.

Czyli pewnie niekoniecznie to było tak, że wszystkich zdyskwalifikował, tylko sami zrezygnowali?

Absolutnie. Sami rezygnowali z tego względu, że chcieli pracować w domu kultury. Przeszli do bibliotek, do innych domów kultury, nie było tak, że ktoś został bez pracy. Większość bała się tego, co tu będzie.

To był nieznany ląd.

Tak. On nam tłumaczył, że nie będzie tak łatwo. Że trzeba będzie nawet fizycznie pracować, żeby tę widownie zmienić, żeby to wszystko przystosować.

Ile pani miała wtedy lat?

23 – 24 lata.

To jeszcze była pani odważna?

To prawda. Choć bardzo lubiłam pracować w tym domu kultury. Fajni ludzie tam byli.

To dlaczego się pani zdecydowała zostać ze Skotnickim, skoro mówił że będzie tak trudno?

Zdecydowałam się zostać dlatego, że Ewa Cichocka mnie namówiła. Ona mi załatwiła pracę w domu kultury. Znałyśmy się od zawsze, mieszkałam z nią ściana w ścianę. Ona mi mówiła – nie bój się, to nowe, ale zobaczysz, że damy radę. I faktycznie. Dałyśmy.

To było wiele miesięcy życia w zawieszaniu, jak to znosiliście?

Cały czas byliśmy w stresie, bo co dzień było co innego. Pamiętam Ewę Cichocką ze śrubokrętem, jak przykręcała siedzenia. Zresztą ja tak samo. Wszystko żeśmy robili, dosłownie wszystko.

Jak wyglądał wasz dzień pracy?

Wcale nie wyglądał. Każdy się trząsł i zastanawiał, co to będzie. No ale jak dyrektor Skotnicki opowiedział, co będziemy robić, jak będziemy robić, to już było lepiej. Potem zaczęli przychodzić inni – a to kierownik literacki, a to muzycy, a to technicy, którzy nam wszystko pokazywali. Genek z Józkiem[1] potem przyszli i już zaczęło to wyglądać.

Zaczęło przypominać teatr?

Tak. Przyszedł taki elektryk, Jurek Konieczny. On tu pokazał wszystkim, co trzeba zrobić, jak te światła ustawiać… my wtedy oczy wywalaliśmy. No bo, Boże kochany, co to? No zupełnie coś innego, niż dotąd. No i pomału, pomału ten teatr zaczął wyglądać. 

I co dalej?

Zaczęli się zjeżdżać aktorzy. Ale jeszcze nie było mieszkań. Wszyscy w garderobach. Boże, co to się wyprawiało. A my pomiędzy nimi. Rano do pracy człowiek wchodził i uważał, żeby kogoś nie zdeptać. Bo spali na korytarzach, na materacach. Bo jak próba była późno… Niektórzy jeździli do Warszawy, no ale przecież nie wszyscy. Ubrań wszędzie było pełno, ale nie teatralnych, tylko ich prywatnych. Sznurki rozwieszone, bo przecież gdzieś musieli prać. Jak w taborze. Wszędzie było wszystkiego pełno.

Jak to się stało, że trafiła pani do garderoby?

Skotnicki to wymyślił. Ja nie chciałam tam przejść, ale powiedział mi: „zobaczysz, że będzie wszystko ok”. Mogłam sobie wybrać - albo rekwizytorka, albo garderobiana. Było dużo możliwości i każdy mógł zdecydować, co chce robić. Pod tym względem to było niesamowite. Ewa Cichocka była dobra w koordynacji, dyrektor potrzebował kogoś takiego, więc wziął ją do sekretariatu. Ludzie przychodzili, odchodzili. Nie wszyscy chcieli pracować w teatrze. Bardzo dużo ludzi się zmieniało.

Dziś wybrałaby pani tak sami?

Lubię tą pracę. Lubię patrzeć na aktorów, jak się cieszą, kiedy mają fajne kostiumy. Potrafię określić, jaki kto ma rozmiar na odległość.

Co jest najtrudniejsze w tej pracy?

Aktor nie jest w stanie zejść ze sceny i wiedzieć w co się przebrać, trzeba tego pilnować. Najtrudniejsze jest zapamiętanie tego wszystkiego, kiedy granych jest dziesięć czy dwanaście przedstawień jednocześnie i kostiumy nie mieszczą się w szafach. Jedna rzecz to przygotowanie kostiumów, a druga obsłużenie aktorów w trakcie przedstawienia. Potem trzeba to wszystko zabrać do garderoby, przejrzeć, czy wszystko jest całe, a część uprać.

Odpowiedzialne zadanie.

Nauczyłam się słuchać. Musisz słuchać, co mówią aktorzy, bo nie zawsze widzisz. Kiedy jestem w kulisach, nie zawsze widzę aktorów, lub słyszę inspicjenta, więc muszę słuchać co oni mówią i wiedzieć, że to jest ta scena, w której oni się właśnie w to przebierają. To nie jest taka łatwa praca.

Pamięta pani, kiedy dokładnie przyjechał Skotnicki?

Tak mi się zdaje, że on pierwszy raz przyjechał w maju.

Czyli mieliście pół roku do premiery.

No, z pół roku. Bo już w styczniu byli „Krakowiacy Górale”.

Pół roku na stworzenie teatru i wystawienie pierwszego przedstawienia, to chyba mało czasu?

Mało. Ale bardzo mu pomagał prezydent Rybak. I ta technika, i te pieniądze, to szło…

I mieszkania się znalazły.

Wszystko się znalazło. Mazowieckie[2] trochę dały. Bo przecież Rybak był dyrektorem Mazowieckich. Prośby pisał, no i jakoś tak to się wszystko ułożyło.  No i premiera. Człowiek wystraszony.

Wyobrażam sobie, że to musiały być dla was wielkie emocje.

Emocje były ogromne, a on chodził tylko i mówił: „tylko spokojnie, tylko spokój może nas uratować, nie spieszyć się, wszystko będzie dobrze”.

No i troszkę aktorzy nam pomogli. Bo jednak oni pokazywali nam co i jak. Z teatrów poprzychodzili, więc wiedzieli, kto co ma robić. Także było fajnie, ale i strasznie. Wariowaliśmy troszkę.

A jak ludzie reagowali na to, że ten teatr powstał w mieście? 

To było wydarzenie. Ludzie tu nie wiedzieli, co to jest teatr. Bo wiadomo, jakie były czasy. To był ’75 rok. Ludzie nie znali teatru. Elity, zwłaszcza te, które pamiętały stary teatr, to tak. Ale lud nigdy nie był w teatrze. No, ale jak tu przyszli na tych Krakowiaków i Górali… Pełna widownia. A zaczynało się to od takiej jakby bitki tych Górali. I to się działo na widowni. Aktorzy skakali z balkonu na boczne schody i tam się popychali, tak jakby się kłócili. Jezu… jak jeden facet wstał, jak ich złapał… Już nie pamiętam, jak się ten aktor nazywał, ale ten facet go złapał z tyłu, popchnął i krzyczy: „milicję wołać!”. Dopiero panie bileterki przybiegły i wytłumaczyły, że to są aktorzy i że tak się przedstawienie zaczyna. Ale cały naród był na tej widowni po prostu tym zachowaniem zbulwersowany. Jak to? Teatr nowy powstaje, a tu przyszło paru chuliganów i próbują to rozwalić? My nie wiedzieliśmy, co się dzieje[3].

Czyli ludzie nie byli gotowi do odbioru teatru?

Nie byli. Przyszli, buzie pootwierali. Nie byli przygotowani do tego, że coś takiego może się wydarzyć. Że to może być już przedstawienie.

A jak pani patrzy na ten teatr z dzisiejszej perspektywy, to myśli pani, że Skotnickiemu się udało? Miał bardzo ambitne plany.

Udało. Skotnickiemu się udało. On by chciał jeszcze więcej, ale władze naszego miasta niestety nie dały mu takiej szansy.

To był politycznie bardzo trudny czas?

To był bardzo polityczny czas. I my żeśmy to wszyscy odczuli. Zdejmowali przedstawienia przecież…

To w ogóle wydaje się niesamowite, że w tamtym czasie ten teatr powstał.

To wszystko dzięki prezydentowi Rybakowi. On to wszystko napędzał.

Prezydent Rybak powiedział mi, że to wszystko dzięki grupie zapaleńców z Towarzystwa Przyjaciół Teatru, która za nim chodziła i męczyła.

Pewnie tak. Ale główną zasługę ma on. On miał władzę. I nadał temu bieg.

To pokazuje, że ludzie władzy w tamtym czasie nie wszyscy byli tacy sami.

Nie. Pewnie, że tutaj przychodzili nas inwigilować. Patrzeć, co my tutaj robimy. Nasyłali różnych. Ale w sumie dyrektor Skotnicki sobie z tym radził. Do czasu. Aż przyszedł… Ja już nie pamiętam jego nazwiska. Taki, któremu się to nie podobało. Zdejmował przedstawienia…

To był cenzor?

Nie wiadomo. Skotnicki nie mówił o tym. Może mówił, ale ja nie wiem.

Jego odejście jest cały czas owiane tajemnicą.

Tak, jest owiane tajemnicą. Ale my dobrze wiedzieliśmy, że im się on nie podoba. A on się nie chciał cofnąć ani o krok ze swoimi przedstawieniami. I tyle. I po prostu odszedł.

Znalazłam jego list do pracowników, w którym pisał, że dziękuje im za to, że się za nim wstawili pisząc list poparcia, ale decyzja o odejściu jest nieodwołana.

My żeśmy płakali wszyscy. Było takie podziękowanie dla niego za te pięć lat pracy, chyba w muzeum. Władze mu dziękowały. Nie wiem, czy dostał tam jakieś odznaczenie, nie pamiętam. I my żeśmy tam wszyscy poszli. Cała załoga. I w ogóle nie chcieliśmy go wypuścić stamtąd. My żeśmy stali z dziesięć minut i brawo żeśmy bili. A oni tam mało się nie rozpadli, te władze całe. Stali za kotarą gdzieś i nie mogli tego przeżyć. A on płakał. My dobrze wiedzieliśmy. I on wiedział, że my wiemy.

Do dziś pani trudno o tym mówić?

To takie tajemnice, których człowiek nie chce z siebie wyrzucić, dlatego że myśli sobie: „a może komuś tym zrobię krzywdę?”.

Domyślam się, że pobyt Skotnickiego w Płocku nie był lekki. Przez długi czas znosił naciski władz, aż w końcu nie wytrzymał?

On by jeszcze może zniósł to wszystko, ale nie dali mu już szansy. I przyszedł następny.

Dziękuję za rozmowę.


[1] Eugeniusz Kupniewski (brygadier sceny) i Józef Muszyński (kierownik techniczny)

[2] Mazowieckie Zakłady Rafineryjne i Petrochemiczne

[3] Według wielu relacji, scena bójki odbyła się w spektaklu „Romeo i Julia”.