Z Dorotą Cempurą, współtwórczynią spektaklu Związek otwarty, rozmawiała Monika Mioduszewska-Olszewska.

Długo cię nie było na scenie.

I dlatego właśnie postanowiłam wziąć swoje życie w garść.

Tak, jak Antonina?

Tak. Trzy lata temu złamałam nogę, wypadłam z wielu spektakli…

…znowu jak Antonina, nawet złamana noga się zgadza.

Tak, wiedziałam, jak to boli (śmiech).

Czyli to tekst napisany dla ciebie.

Chyba Mariusz miał intuicję. Wyczuł, że to pod względem temperamentu tekst dla mnie, a już na pewno dla Mariusza. Bez dwóch zdań. Dario Fo śnił po nocach, że Mariusz będzie to kiedyś grał (śmiech).

Ale wróćmy do ciebie.

Spektakle realizowane w ostatnich sezonach naszego teatru dawały szanse rozwoju kolegom, kobiety miały małe pole do popisu oprócz Myszy Natalii Mooshaber. Nie tylko ja zresztą byłam w takiej sytuacji, bo bardzo wiele koleżanek z zespołu nie grało. Ja powiedziałam sobie dosyć, muszę się rozwijać.

Czyli jak zwykle kobiety muszą dużo bardziej walczyć o swoje?

Weźmy choćby Mariusza - człowieka w biegu. Kiedy już postanowiłam, że chcę z nim z robić tę sztukę, okazało się, że wszedł w farsę, za chwilę robi następny spektakl, realizuje swoje projekty poza teatrem i cały czas jest w próbach. Myślałam już, że to się nie uda. Na szczęście Mariusz znalazł czas. Na pewno kosztem swojego życia prywatnego. Jestem mu za to bardzo wdzięczna, jest moim prezentem, a ja mam nadzieję, że jestem dla niego prezentem w tej pracy. Bo była to naprawdę wyjątkowo partnerska współpraca.

Ale Związek otwarty to był twój pomysł?

Tak, w stu procentach mój pomysł. Zaproponowałam Mariuszowi dwa tytuły, które dawały duże możliwości dwójce aktorów. Wybrał Związek otwarty. Szukając tekstu nie kierowałam się tematem, ale tym, jakie dany tekst daje możliwości aktorskie. Skoro Mariusz miał być moim partnerem scenicznym, pozostawiłam mu wybór.

Czyli chodziło o pokazanie dwóch soczystych postaci?

Chcieliśmy dwóch mocnych charakterów na miarę naszych temperamentów. Ale tematyka Związku otwartego okazała się bardzo uniwersalna. Jesteśmy parą dojrzałą, z bagażem doświadczeń, więc mogliśmy role uzupełnić naszą własną wiedzą. Wszyscy się gdzieś szarpiemy w życiu z różnymi rozterkami. Każda kobieta przeszła kiedyś rozstanie, ale w przypadku dojrzałego wieloletniego związku, jeśli w grę wchodzą dzieci, wspólny majątek, środowisko, wspomnienia, jest o wiele trudniej.

Ale poczekaj, mówisz, że każda kobieta przechodzi rozstania. Przechodzi je też każdy facet. I to boli tak samo.

Faktycznie, błędnie to określiłam. Ból rozstania i straty kochanej osoby dotyka partnerów obu płci. Kiedyś poznałam chłopaka, którego sześcioletni związek rozpadł się z powodu odejścia jego partnerki. Dwa lata po rozstaniu nadal za nią tęsknił i martwił się jej wyborami. Nadal czuł za nią odpowiedzialność, chciał ją chronić. Stracił zaufanie do kobiet i uciekł w pracoholizm. Mam nadzieję, że już odnalazł swoją połowę.

Zwracam na to uwagę, bo wszyscy posługujemy się mitami, że kobiety przeżywają rozstania, a mężczyźni nic sobie z tego nie robią. A to nieprawda.

Pewnie rzeczywiście tak jest, ale większość mężczyzn nie musi się zakochać. Cytując słowa Antoniny: „Ledwie zobaczą jakiś tyłeczek, a już popadają w taką namiętność, jakby złapali erektobakcyla”. To żart.

Pracowaliście z Mariuszem w ramach Sceny Inicjatyw Aktorskich. To chyba była inna praca niż podczas tradycyjnego przedstawienia?

Stworzyliśmy „związek zawodowy” (śmiech), w którym połączyła nas wspólna pasja. Oprócz mnie i Mariusza są w nim jeszcze Krzysztof Misiak i Szymon Cempura. Scenografia, pomysły reżyserskie, to wszystko robiliśmy z Mariuszem wspólnymi siłami – wymyślaliśmy przestrzeń, którą przeniosłam w projekt i zrealizowałam, a Mariusz dopiął sprawy reżyserskie. Krzysztof zadbał o oprawę muzyczną.

Nie brakowało wam reżysera, kogoś kto patrzy na was z zewnątrz?

Tak naprawdę, jak naszkicuje się początek spektaklu, ustali się kierunki, rytmy, to potem już idzie jak lawina. Dawaliśmy sobie wzajemnie uwagi. Nagraliśmy też jeden przebieg spektaklu. To też trochę pomogło. Najważniejsze jest to, że ufamy sobie, wkręcamy się w ten świat i to się samo toczy. W pracy z reżyserami różnie bywa. Czasami reżyser prowadzi cię w zupełnie inną stronę niż byś chciała, a tu mogłam wyrazić siebie. I na tym polega scena inicjatyw. Możemy rozwinąć siebie. Iść z tą prawdą, która w nas siedzi do widzów. Tekstem Dario Fo i Francy Rame chcemy powiedzieć: tak, takie dramaty się dzieją, ale warto walczyć, nie poddawajcie się.

Związek otwarty to komedia. Na scenie bywa śmiesznie, ale wy poważnie traktujecie to, co się na niej rozgrywa. To właśnie założyliśmy z Mariuszem od początku, lekko i z przymrużeniem oka mówimy o sprawach bolesnych. W tym spektaklu są trzy przemiany Antoniny, i trzy etapy żałoby po rozstaniu. Choć oni fizycznie się nie rozstali, cały czas są razem. Bardzo nam zależało, żeby pokazać związek, który się kocha, który walczy o siebie. Antonina próbuje ratować związek, on właściwie też – choć w bardzo dziwny sposób.

Związek otwarty to jego próba ratowania układu z Antoniną?

Kiedy w początkowej fazie pracy czytałam tekst, powiedziałam do Mariusza: nie, on ją wpuszcza, on nie ma tych kobiet, tylko ją prowokuje. Na co Mariusz mówi: Nie, Doćka, ty nie znasz facetów. Więc można to czytać różnie. To jest okrutne, że mąż zdradza żonę i opowiada jej o swoich przygodach, ale Dario Fo jest satyrykiem.

Dla mnie ważne jest to, że tak sztuka nie została napisana przez Dario Fo, tylko przez Dario Fo i Francę Rame – partnerów w życiu i sztuce, jak mówili o sobie. Mamy tu dwie perspektywy – męską i żeńską – nie uważasz, ze to siłą tego tekstu?

Jestem przekonana, że oboje mieli duży wpływ na ten tekst, to się czuje słuchając kwestii Antoniny i Męża. Najbardziej niesamowite jest to, że Fo i Rame napisali tę sztukę w latach 70., trochę czasu już minęło, a nic się nie zmieniło w naszym życiu. Popełniamy te same błędy.

Bohaterowie oboje walczą o związek. On chce mieć związek otwarty, ale ją kocha. Można się z tego śmiać, ale ja mu wierzę.

Tak, gdyby nie kochał, gdyby nie chciał z nią być, to przy pierwszej kochance by się spakował i wyprowadził. O tych kochankach mówi z takim przekąsem, że go bawią, śmieszą, nie przywiązuje się do nich. Panuje nad sytuacją. Antonina wymyka się mu spod kontroli. Jak mówi: „Otwarty związek dwóch osób, może być otwarty tylko z jednej strony: Po stronie mężczyzny! Bo jak się związek otworzy z obu stron, to powstaje przeciąg!”.

Problem w nierówności sił. Kiedy Mąż proponuje związek otwarty, ma dobrą pozycję zawodową, ma przyjaciół, „swoje życie” poza domem, Antonina nie ma nic.

To prawda. To w niej zachodzi największa zmiana. Trudno być pewną siebie kobietą, kiedy mąż cię ignoruje, nie masz swojego miejsca czy swojego zajęcia w życiu.

Na scenie bywa ostro.

Postanowiliśmy grać to tak, żeby nieustannie nie wyciągać noży, tylko podać tematy lekko, ale są momenty, kiedy nie ma innego wyjścia. Skoro jest ring, mamy swoje narożniki, to musimy walczyć. Nie chodziło nam o to, żeby pokazać patologie w związku. Mąż łamie Antoninie nogę, ale tylko dlatego, że chce ją odwieść od skakania z okna. To jest cały urok Dario Fo, który o trudnych rzeczach mówi w bardzo lekki sposób.

Muszę ci pogratulować scenografii, która cały czas gra. Nie zawsze tak bywa, czasem jest tylko dodatkiem.

Podczas prób czytanych i analizy postaci, od razu przyszedł mi do głowy ring. Nie sposób było budować scen bez świadomości przestrzeni. Scenografia była od początku nierozłącznym elementem przedstawienia. To wszystko powstało dzięki wrażliwości Mariusza, jego otwartości na moje pomysły. Myśmy się niesamowicie zgrali. I bardzo dobrze nam się pracowało – zarówno pod kątem aktorskim jak i na poziomie wymyślania spektaklu. Bardzo sobie cenię tę współpracę. Dzięki Mariuszowi znów poczułam się kobietą i aktorką.

Dziękuję za rozmowę.

Fotografie: Waldemar Lawendowski