Chcemy, żeby Mira wróciła do Płocka

Z Leną Szatkowską i Martą Kunavar, autorkami sztuki M. Zimińska, a prywatnie matką i córką, rozmawiała Monika Mioduszewska-Olszewska.

Pani Leno, poznała pani Mirę Zimińską-Sygietyńską?

Lena Szatkowska: Widziałam ją kilkakrotnie podczas koncertów „Mazowsza“ w Płocku. Rozmawiałam krótko tylko jeden raz. To była rozmowa kurtuazyjna. Pogratulowałam jej, gdy otrzymywała tytuł Honorowego Obywatela Płocka.

Co was w niej zafascynowało?

Marta Kunavar: Kiedy przyjeżdżam do Polski ze Słowenii, rozmawiamy o Mirze. Stół i biurko są zarzucone materiałami do pisanej przez mamę książki. Kartki, notatki, zapiski to zresztą u nas częsty widok.  Jada się na stojąco, a „papiery” zajmują poczesne miejsce. Co jakiś czas - telefony od „Mazowszaków”. Kiedyś w Warszawie spędziłyśmy cały dzień na rozmowie z jedną z pań z zespołu. Naprawdę fascynujący jest sposób, w jaki pierwsi członkowie „Mazowsza” wspominają Mirę, jak o niej opowiadają. Większość używa określania „pani Mira”. Widać, że wzbudzała ogromne emocje - pozytywne i negatywne. 

Wiosną powstał pomysł wykorzystania części materiału do napisania czegoś o Zimińskiej dla teatru. Założenie było takie, żeby przypomnieć Mirę – płocczankę i jedną z najbarwniejszych gwiazd 20-lecia, która dokonała zaskakującego wyboru. Zrezygnowała z własnej kariery dla oberków i krakowiaków.   

L: To niewątpliwie kobieta wyjątkowa. Nie wiem czy była taka druga płocczanka w minionym stuleciu. Fantastyczna. Inteligentna. Niezwykle utalentowana. Dowcipna. Osoba, która właściwie wszystko zawdzięcza sobie. Nie tylko talentowi, ale i uporowi. Dużo się uczyła, bo wiedziała, jakie ma braki. A przecież z edukacją Zimińskiej było „tak po trochu”.

Jak to z edukacją kobiety w tamtym czasie.

L: Właśnie. Trochę ochronki u Mariawitów, trochę szkoły powszechnej w języku rosyjskim, dwa lata pensji pani Gutkowskiej. Mira wiedziała, czego jej brakuje. W swojej autobiografii pisze, że kiedy czuła niedosyt wiedzy i umiejętności scenicznych, brała lekcje śpiewu, tańca. Uczyła się od najlepszych.

Musiała mieć w sobie dużo pokory.

L: Nie, raczej dobrze wiedziała, czego chce.  Może też „chodziła właściwą ulicą”, jak to się mówi, i spotykała właściwych ludzi. Bo w Warszawie wylądowała bez tzw. rekomendacji. Nikt za nią nie stał, nikt jej nie polecał. Ale jej talent został szybko dostrzeżony. Po pierwszych programach Qui Pro Quo posypały się dobre recenzje.

Sztuka zaczyna się podobnie, jak „Zimna wojna” Pawlikowskiego.

L: Myślę, że najpiękniejsze historie z Mirą i Tadeuszem Sygietyńskim to właśnie te, kiedy jeździli po wioskach i szukali ludzi do „Mazowsza“, filmowego „Mazurka“. Mazowszacy, z którymi rozmawiałam, wciąż mieli w pamięci przesłuchania w Karolinie. Wielu pamiętało, co mówiła Mira, jak reagowała na ich popis. I to właśnie te opowieści m.in. płocczan sprawiły, że powstała taka scena.

Celowo usunęłyście Mirze drugi człon nazwiska w tytule sztuki?

L: Dałyśmy M. zamiast imienia, którego Mira nie lubiła, więc je zmieniła. Długo funkcjonowała jako Zimińska, zanim nazwisku dodała drugi człon. Uważam, że wszystko zawdzięczała sobie. Małżeństwo z Zimińskim to była pomyłka. Rozstali się zresztą w 1920. roku. Sygietyńską została oficjalnie dopiero w 1954.

Wasza sztuka składa się w dużej części z listów, co chciałyście tym pokazać?

M: Nie tylko. Są piękne listy od i do Hemara, zabawne donosy z czasów dyrektorowania Miry w „Mazowszu“ i monologi. A przede wszystkim – piosenki, które przyniosły jej popularność.

L: Hemar to była wielka przyjaźń, może nawet miłość. Dziennikarze ją zawsze o  to pytali,  odpowiadała, że raczej przyjaciel.  Ale ja  myślę, że mogło być coś więcej. Że być może Mira liczyła na mariaż. Rozmawiałam o tym nawet z Bogusławem Kaczyńskim, kiedy był w Płocku. Ale Hemarowi bardziej podobała się Modzelewska. Odbił ją Norblinowi, którego była żoną.

Relacje partnerskie w dwudziestoleciu były dość skomplikowane (śmiech).

L: Bardzo skomplikowane. Świadczy o tym „Krzyżówka“, którą usłyszymy.

„Lidka była pierwszą żoną Jasia, a Hela była pierwszą żoną Stasia…” i tak dalej.

L: To dowcipny i trochę drapieżny tekst, który Mira uwielbiała. Napisał go dla niej Hemar.

Mira Zimińska to kobieta sukcesu?

M: Bez wątpienia kobieta sukcesu. Żyła prawie 100 lat. Kilka poza „Mazowszem”, choć wydawało jej się, że powinna do końca o wszystkim decydować. Zwiedziła cały świat. Znakomicie promowała polski folklor. Chyba wtedy była szczęśliwa.
L: Niewątpliwie. I jeszcze raz powtórzę – ten sukces zawdzięcza własnemu talentowi, pracowitości i szczęściu.

A jednak, mam wrażenie, że wasza sztuka pokazuje kobietę, która na końcu zostaje sama.

M: Bo starość to zawsze samotność, zwłaszcza, gdy się nie ma przy sobie bliskich, a przyjaciele dawno odeszli.

L: Mira się bardzo przywiązała do tytułu swojej książki „Nie żyłam samotnie” i ilekroć coś opowiadała, podkreślała: „Zajrzyjcie do mojej niesamotnej”. Myślę, że chciała, żeby nikt, broń Boże, nie pomyślał, że była samotna. Ostatnie lata jej życia były smutne.  Wciąż czuła się dyrektorką „Mazowsza“. Nawet na Krakowskie Przedmieście, gdzie mieszkała, podjeżdżał samochód i zabierał ją do Karolina. Na koniec mogła liczyć na jedną czy dwie z Mazowszanek – i one głównie mówiły mi o tej samotności. Jej jedyną przyjaciółką była Stasia Perzanowska, aktorka i reżyserka. Póki żyła, odwiedzała Mirę.

Identyfikujecie się z taką kobietą walczącą o swoje?

L: No właśnie zupełnie nie. Przydałoby mi się trochę jej uporu. Nigdy nie stała w boku. Zawsze była w centrum uwagi. Walczyła i zwyciężała.

M: Myślę, że dzisiaj jeszcze ciągle kobiety muszą udowadniać, że wiele rzeczy mogą zrobić tak samo dobrze lub lepiej niż mężczyźni. Albo walczą o swoją pozycję, albo dla świętego spokoju odpuszczają i zbierają walające się po kątach skarpetki i klocki. A nawet gdy zostają prezeskami spółek, nikt nie zwalnia ich z domowych obowiązków. Mira długo walczyła, zanim jej się udało. Miała dużo szczęścia i ogromną motywację. Swoją pracę i wielki talent przekuła w sukces. Podziwiam ten zapał, on jest zawsze potrzebny. Takiej determinacji mogę pozazdrościć.

Ile jest w tej sztuce każdej z was?

L: Te wszystkie ludowe historie są Marty, bo ona zna je z autopsji.

M: Zaproponowałam piosenkę, którą przez lata powtarzałam w HZPiT „Dzieci Płocka”. To pewien symbol. Wiem, jak wyglądają przesłuchania, próby, koncerty, jak trudno jest zrobić z amatorów zgrany zespół. Zanim powstanie gotowy program, mijają godziny prób. Potrafię sobie wyobrazić, jak wyglądała praca w „Mazowszu”, bo przez kilka lat spędzałam wieczory i soboty w sali z fortepianem i skrzypiącą drewnianą podłogą nad kinem Przedwiośnie, powtarzając „Oj chmielu chmielu”. Potem, gdy druh Wacław „odkrył” mój talent recytatorski, więcej mówiłam niż śpiewałam.

Pani Leno, na odtwórczynię roli Miry chyba pani sama wybrała Magdalenę Tomaszewską?

L: Jest coś takiego w Magdzie, co ją łączy z Mirą. Jest charakterystyczna, ma dużą charyzmę. I 153 cm wzrostu. Tak, jak Mira. To chyba dobry znak. 

Boicie się pani tego, co zobaczycie na scenie?

M: Nie. Jestem bardzo ciekawa, co zaproponuje reżyser i co doda „od siebie“ pani Magda.

L: Wierzę w teatr. Chciałabym, żeby dzięki tej sztuce Mira wróciła do Płocka. Bo pomnik stoi, ale ludzie przechodzą i nie wiedzą, kto to jest. Mira rozsławiła miasto i należy jej się nasza pamięć. To najsławniejsza płocka artystka.  Zna pani jeszcze jakąś? Nawet teraz?

Dziś przychodzi mi do głowy tylko zespół Lao Che.

L: Też pomyślałam o Lao Che, ale chłopakom jest łatwiej.

Dziękuję za rozmowę.

Lena Szatkowska – dziennikarka, recenzentka teatralna. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i studium podyplomowe na UW. Autorka książek: Z czwartego rzędu (1990), Gdzie nasz złoty sierpień? (1997), Szara legenda (2010), Z widowni, zza kulis (2014). Współautorka publikacji o ludziach płockiej Solidarności pt. 17 miesięcy. Narodziny wolności (1980 – 81). Redaktorka jubileuszowego wydawnictwa „Tygodnika Płockiego” pt. Stary Rynek 27 (2002). Jest wiceprezeską Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru. W 2018 roku otrzymała medal Laude Probus. Lubi kino, mola w Orłowie i Płocku. Najchętniej czyta biografie.

Marta Kunavar – absolwentka Jagiellonki. Studiowała filozofię i wiedze o kulturze. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Pracowała w warszawskiej agencji reklamowej i lokalnej telewizji „Tele-Top” w Płocku. Współpracuje z „Tygodnikiem Płockim”. Pisze m.in. reportaże z podróży po Europie. Mieszka w Słowenii. Zainteresowania: polska literatura emigracyjna, opera, fotografia i folklor. Po babci – emancypantka, po dziadku – miłośniczka zwierząt.