Na każdym przedstawieniu rozgrywają się teatry równoległe – jeden na scenie, drugi w głowach widzów. Co się kryje w tych drugich? 3 listopada, po spektaklu Rodzina, postanowiliśmy ich o to zapytać.

W spotkaniu poprowadzonym przez Monikę Mioduszewską-Olszewską udział wzięli reżyser Rafał Sisicki i aktorzy występujący w spektaklu: Szymon Cempura, Sylwia Krawiec, Mariusz Pogonowski. Piotr Bała, Magdalena Tomaszewska, Bogumił Karbowski i Grażyna Zielińska. Dziękujemy widzom, którzy zechcieli się z nami podzielić swoimi przemyśleniami. A szczególnie jednemu, który po tym spotkaniu przesłał do nas recenzję przedstawienia. Poniżej zamieszczamy tekst Radosława Łabarzewskiego.

Do teatru na terapię

Dawno mnie w teatrze płockim nie było, bo… wszelkie tłumaczenia zawsze pachnięć będą fałszem, zatem powiem tylko, że było mi nie po drodze. Wczoraj jednak było jak najbardziej. Za co dziękuję. Teatr, za sprawą Pana reżysera Sisickiego sięgnął po Słonimskiego. Sięgnąłem i ja… po jego biografię, teatr zaś po jego Rodzinę - napisaną w 1933 roku sztukę uznawaną za jego najlepszą. „Wystawiana w 1934, gdy starzy piłsudczycy sprzedawali się młodym faszystom, nabrała osobliwej aktualności, gdy w 1968 r. starzy komuniści łączyli się z faszyzującym antysemityzmem” - wspominał Słonimski po latach. Zdziwicie się, ale i dziś „Rodzina jest słowem silna”, ale również pracą Sisickiego, który umiejętnie uwypukla to, co może nas „zaboleć”.

I choć w pierwszym akcie brakowało mi nieco tempa, a i forma monologowania aktorów ku widowni, bez jakiejkolwiek interakcji między sobą (jakby się bali dotknąć wzajemnie) nieco mnie męczyła (ale, kto wie, może taki zamysł był), to finał był pyszny... z – polską oczywiście - mgłą unoszą się nad oświetloną widownią.

Świetny był pomysł audycji radiowych, które łączą poszczególne akty i wprowadzają widzów w atmosferę lat 30. XX w., roku 1968 i… 2019.

Siłą tego dramatu jest bezlitosne rozprawianie się z narodowymi zmorami, światopoglądowymi dogmatami poprzez inteligencką i impertynencką postać/postawę Tomasza Lekcickiego (Mariusz Pogonowski, który zdecydowanie lepiej smakował po antrakcie). Szybko orientujemy się, że jego otwartość na gości wynika z zamiłowania do zabawy, jaką daje mu podważanie światopoglądowych postaw gości. Dodajmy… postaw budowanych zwykle - jak to w Polsce – na przekonaniu, albo nie daj Boże, na głębokiej wierzę lub świętej racji stanu. Polski inteligent, nihilista i empirysta z łatwością rozbija kolejne figury dramatu retoryczną żonglerką (jest i aluzja, amplifikacja, metafora czy zezwolenie). Trudno go nie kochać.

Jeden z widzów, w rozmowie po spektaklu, podkreślił celność obsady. I ja się z tym zgodzę. Pogonowski jako inteligent Lekcicki wypada wiarygodnie, choć na początku zbytnio szarżuje. Magda Tomaszewska jako jego siostra, rozkochana bez wzajemności w poezji, dojrzała i ponętna, choć mocno znudzona, świetnie podkreśla nasz słodki „tu-mi-wisizm”. Sylwia Krawiec pełna energii, zapału i pomysłów stanowi świetną przeciwwagę, witalną siłę młodych. Bogumił Karbowski mówił po spektaklu, że rolą Hansa czynił sobie wbrew, ale po tym co pokazał, trudno wyobrazić sobie kogoś innego w tej roli.

Pięknie wybrzmiał polski cham w interpretacji Piotra Bały. Aż chciało się wbiec na scenę i założyć mu białe skarpety i sandały na nogi. A i - Dorota Cempura – jako Kaczulska, kobieta prosta, ale czerpiąca z życia garściami – gra tu pięknie. Świetnie zilustrowani zostali urzędnicy niższego i wyższego szczebla. Szymon Cempura jako Starosta jest i żałosny i zabawny, pełen patosu ale i zwykłego ludzkiego strachu o stołek, człowiek który nie potrafi się odnaleźć w skomplikowanej rzeczywistości towarzysko-politycznej. Doskonale za to, w każdej sytuacji, znajduję się wojewoda – w tej roli sam reżyser. Wielkie brawa dla Rafała Sisickiego za wymalowanie nam gęby pięknie obrzydliwej, pełnej urzędniczej nowomowy, frazesów, a w gruncie rzeczy pustej jak dno butelki, którą ochoczo opróżnia.

Ale Sisicki - reżyser nie serwuje nam seansu pogardy. Podchodzi do swych bohaterów z szacunkiem, niezależnie jak głupią reprezentują postawę. Stara się im pomóc, wyrzucić z siebie to co ukryte.

Stąd pewnie zamysł scenograficzny, który przypadł mi do gustu. Na wielkiej scenie stoi wielka kanapa. Na niej reżyser kładzie kolejne polskie upiory wciągnięte za uszy zza kulis. W ten sposób stajemy się widzami eksperymentu terapeutycznego. Przez ponad godzinę, z dystansem i z humorem możemy przyglądać się... sobie samym. Nie wiem czy jedna sesja nam wystarczy, ale z pewnością się przyda. Dlatego polecam wszystkim. Nic tak nie oczyszcza jak śmiech :-)

Radosław Łabarzewski
Widz, który powrócił.

Na zdjęciach #polskamgła, fot. Leszek Skierski

GALERIA ZDJĘĆ