Hanna Zientara nagrodzona w Czechach

Hanna Zientara-Mokrowiecka zdobyła nagrodę „Cieszyński Anioł” dla najlepszej aktorki na Festiwalu Teatrów Moraw i Śląska w Czeskim Cieszynie. Sukces przyniosła jej rola Natalii Mooshaber w spektaklu Myszy Natalii Mooshaber Ladislava Fuksa w reż. Marka Mokrowieckiego.

6 listopada 2018 płocki teatr wziął udział w XVIII edycji Festiwalu. W skład Jury wchodzili: Lidia Chrzan-Pochroń, Janusz Legoń, Ivan Misař, Simona Nyitrayová i Ladislav Vrchovský. W sumie oceniono 10 przedstawień zespołów z: Czech, Słowacji i Polski.
Dwa dni po występie w Czeskim Cieszynie wystawiliśmy Myszy Natalii Mooshaber w Pradze, w Divadle pod Palmovkou.

Dojrzałam do monodramu

Z Hanną Zientarą-Mokrowiecką rozmawiała Monika Mioduszewska-Olszewska.

Lubisz myszy?

Bardzo lubię. Nie boję się ich. Jak jesteśmy na wakacjach i moje koty łapią myszki, to czasem nawet udaje mi się je uratować. Z pyska wyciągam jeszcze żywą i wypuszczam, tak żeby koty nie widziały. Lubię wszystkie zwierzęta. Kiedyś nawet miałam małą myszkę. Ludzie się ich boją, a to są takie czyste stworzenia – jak tylko ją dotknęłam, natychmiast musiała się umyć.

A te myszy, z którymi walczy Natalia?

Dla mnie są czymś, co cały czas wokół niej krąży. Natalia żyje w swoim zamkniętym świecie, ale ciągle czuje jakiś niepokój, coś, co nie daje jej spokojnie żyć. Ma to swoje małe „żyćko”, ma niedobre dzieci, chodzi na cmentarz pielęgnować groby, ale ten niepokój towarzyszy jej przez cały czas. Tym niepokojem prawdopodobnie jest sytuacja w kraju. Poczucie, że człowiek cały czas jest osaczony. Przeżyła coś, co sprawiło, że wyrzuciła z pamięci to, kim jest. Może spotkała jakąś wielką mysz? Ale tego, czy ona wiedziała, kim jest, nigdy się nie dowiadujemy. Nawet sam tłumacz tego nie wiedział.

Czyli wszystkie wątpliwości zostają z nami do końca?

Zostają do końca. Musimy sobie to sami dopowiedzieć.

Chyba trudno jest grać tę rolę? Przez cały czas jesteś na scenie.

Bardzo trudno. Ale to nie o to chodzi. W Ani z Zielonego Wzgórza też byłam cały czas na scenie. Tu jest taka składnia, że to było bardzo trudne do nauczenia. Natalia cały czas powtarza te same zwroty, ale jednak trochę zmienione. Bardzo się męczyłam, żeby się tego nauczyć. Ale lubię to grać.

Identyfikujesz się z Natalią?

Zawsze identyfikuję się z postacią, którą gram, wczuwam się w nią, ale dzięki warsztatowi kontroluję emocje. Nie płaczę naprawdę, nie przeżywam, nie wytrzymałabym tego psychicznie. Po prostu gram.

Zdarza się, że postać towarzyszy ci po wyjściu z teatru? Często coś takiego słyszę od aktorów, zwłaszcza, gdy grają dużą rolę.

Nie. Zostawiam to w teatrze. Idę do domu, robię obiad, wychodzę z psem.

Mieszkając z dyrektorem teatru, pewnie trudno nie myśleć o teatrze.

Mamy taką umowę, że w domu staramy się nie rozmawiać o teatrze. Przy tej sztuce się nie udało, bo cały czas musieliśmy pracować, ale zwykle się udaje.

Zdobyłaś w Czechach „Cieszyńskiego Anioła”, co ta nagroda dla ciebie oznacza?

Każda nagroda jest dla aktora ważna, bo to oznacza, że jest doceniony. Oczywiście byłam zaskoczona. Mimo, że w tym spektaklu to ja cały czas jestem na scenie, w każdej kolejnej scenie wszyscy koledzy na mnie pracują. To nasz wspólny sukces. Ale cieszę się bardzo.  

Czy granie Myszy w Czechach różniło się czymś od grania w Polsce? Mam na myśli odbiór publiczności.

Odbiór był bardzo dobry, zarówno w Cieszynie, jak i w Pradze. Ludziom się to bardzo podobało. Na Zaolziu ludzie rozumieją polski, bo tam jest dużo Polaków, w Pradze było trudniej, ale były napisy. Mokry się bardzo napracował, żeby przetłumaczyć cały tekst na język czeski. Publiczność nie była liczna, ale za to dość specyficzna. W większości krytycy teatralni, którzy byli zachwyceni. Nie tylko moją rolą, ale wszystkim, klimatem przedstawienia, atmosferą. Odbiór był też inny z racji tego, że Czesi czytają Fuksa, po prostu go znają.

Marek Mokrowiecki nie ukrywał, że marzył całe życie, żeby zrealizować ten spektakl, czy ty podzielałaś tę fascynację i marzyłaś o roli Natalii?

Nie. Przeczytałam tekst, który jest bardzo trudny do zrozumienia i na początku nie bardzo wiedziałam, co z tym zrobić. Później przeczytałam książkę i zrozumiałam już więcej. Lubię duże wyzwania. Zadania, w których mam coś do powiedzenia. Ale tekst nie uwiódł mnie od razu. Mokry mnie jednak przekonał.

Ten spektakl chyba w ogóle nie uwodzi od razu. Słyszę czasem opinie, że potrzeba czasu, żeby go przetrawić, czasem obejrzeć jeszcze raz.

Tak, to prawda. Moja mama z koleżanką obejrzały premierę, przeczytały książkę i przyszły jeszcze raz i dopiero wtedy zrozumiały. Czasami ludzie związani z teatrem, po których spodziewałam się, że bardziej w to wejdą, nie rozumieli, a do tych, którzy nie są związani z teatrem, trafiało. To było ciekawe.

Recenzje są bardzo dobre. Tygodnik Przegląd uznał ten spektakl nawet za jeden z dziesięciu najciekawszych w ostatnim sezonie. To musi być bardzo miłe.

Jest. Zwłaszcza, że te recenzje przychodzą z różnych stron. Bardzo mnie bawiło i jednocześnie napawało dumą to, kiedy wielokrotnie, zarówno w Polsce jak i Czechach, ludzie do mnie podchodzili i mówili o mnie „Giulietta Masina”. Kiedyś mi się to już zdarzyło, kiedy graliśmy w Rosji Czechowa, jeden z recenzentów nazwał mnie wtedy „polską Giuliettą Masiną”.

Myślę, że lepiej pozostać Hanną Zientarą.

No tak (śmiech). Ale to bardzo miłe porównanie, bo to była wielka aktorka.

Słyszałam wielokrotnie opinie, że rola Natalii Mooshaber to rola twojego życia. Myślisz o tym aż tak?

Aż tak nie myślę. Miałam dużo ról swojego życia. Rolą mojego życia była Ania z Zielonego Wzgórza, Emilka z Naszego miasta

Może ty masz takie szczęście, że jak zagrasz jakąś dużą rolę, to od razu staje się rolą twojego życia?

Chyba tak (śmiech). Trochę mi życia zostało, więc może jeszcze jakąś rolę życia zagram. Jeszcze nie umieram (śmiech).

Rzadko można czytać z tobą wywiady, niewiele mówisz o sobie i o swoich rolach, dlaczego?

Wole robić niż mówić. Mam za sobą bardzo dobre role, ale żeby o tym gadać? Kiedyś rozmawiałam z moją przyjaciółką, nieżyjącą już aktorką z Warszawy, Darią Trafankowską i Dusia mówi: - „Widzisz, ja jestem w Warszawie i wnoszę listy na tacy, a ty zagrałaś takie role w Płocku, o jakich niejedna aktorka marzy”. Ja zresztą w życiu bym się nie przeniosła do Warszawy, mimo że stamtąd jestem, bo bym nic nie grała. Tu mogłam zagrać wiele pięknych ról. Nie wiem, jak były wykonane, ale co sobie zagrałam, to moje (śmiech).

A co byś sobie jeszcze zagrała?

A wiesz, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Na Ofelię już jestem za stara. Teraz mogę już tylko zacząć grać babcie. To co ja sobie mogę wymarzyć? Może jakąś męską rolę? Niestety nie ma wielu ról dla starszych aktorek.

Często to słyszę.

Bo to prawda. Weźmy choćby farsy. Tam masz same laski, które paradują w koronkach. Ewentualnie jakaś stara babinka się trafi, ale głównie są to młode, piękne dziewczyny. Ja cały czas szukam materiału na monodram dla dojrzałej aktorki.

Czyli jednak marzysz o jakiejś roli?

Zawsze chciałam zrobić monodram, ale uważałam, że to jest tak trudna forma, że trzeba do niej dorosnąć. A ponieważ już dorosłam, to teraz chciałabym go zrobić.

To życzę ci powodzenia w poszukiwaniach. Chcesz coś dodać?

Miło się rozmawiało.