Kiedy przygotowuję nową rzecz, jestem przede wszystkim widzem. I to nie byle jakim. Wyjątkowo trudnym do byle jakiego śmiechu – podejrzliwym, szalenie logicznym i drobiazgowym.

NIC NIE GRA

Ze Stefanem Friedmannem – aktorem, reżyserem nowej farsy Nic nie gra, której premiera odbędzie się w sylwestra, rozmawiał Leszek Skierski.

Panie Stefanie – wszystko gra?

Oczywiście. Nawet szafa, jak to się kiedyś mówiło.

Zwłaszcza w farsie. To dlaczego NIC NIE GRA?

Żeby nic nie grało, musi wszystko zagrać – jak wszystko w tej sztuce. A dekoracje i przedmioty martwe, czyli tak zwane rekwizyty, grają niekiedy ważniejsze role niż żywi aktorzy.

Ten wywiad czytać będą miłośnicy płockiego teatru, jak pan zamierza ich przekonać, że na scenie będzie się działo, a nie, że z założenia NIC NIE GRA?

Będzie się działo dużo więcej niż w dotychczasowych naszych komediach czy farsach.  Nie tylko widzowie będą zaskakiwani, ale również aktorzy na scenie. 

Jeden z widzów zareagował z oburzeniem, jak otrzymał odpowiedź na pytanie – co Teatr przygotowuje na Wieczór Sylwestrowy? – Dlaczego nic nie gra? – zapytał.

Zawsze lepszy taki tytuł, niż na przykład – „Wszystkie bilety wysprzedane", bo taką sztukę mam w planie do napisania.

O frekwencję się akurat nie martwię… A „momenty” będą? Jako „znany reżyser kina akcji” przewiduje pan w spektaklu – poza tytułem oczywiście – jakieś elementy zaskoczenia?

Wyłącznie. A ponieważ na ogół każdego zaskakuje co innego, postaramy się o szeroki wachlarz w tej materii.

Zdaje się, że największym zaskoczeniem będą sami aktorzy, którym przyjdzie grać postaci w nietypowy sposób. Jak to jest grać amatora, będąc zawodowcem?

Najtrudniej. Bo to wcale nie znaczy, żeby mówić bez sensu i sztucznie. Trzeba grać prawdziwie z przekonaniem, świadomie, a przede wszystkim, szczerze do bólu.

Spotkał się pan w swojej karierze zawodowej z taką sytuacją? 

Może zilustruję to znaną teatralną anegdotą. Akurat minęło 37 lat od niesławnego Stanu Wojennego. Prawie wszyscy aktorzy stanęli po stronie „Solidarności”. Na znak protestu postanowiono bojkotować reżimowe środki przekazu – teatr, radio i telewizję... Młody jeszcze wtedy Janek Englert zwrócił sie do mistrza Holoubka i zaproponował, żeby grać, ale specjalnie źle, amatorsko… Na to mistrz Gustaw Holoubek odpowiedział: – Tobie Janku to łatwo...

Trzymając się tej anegdoty wypadałoby zapytać o naszych aktorów, którym przyjdzie zagrać w NIC NIE GRA „specjalnie źle”. Co mistrz Friedmann by odpowiedział?

Nie mistrz, ale majster, z radiowej Trójki, to się zgodzę. Powiedziałbym: - Spróbujcie sobie przypomnieć wasz egzamin wstępny na studia aktorskie! Oczywiście, że żart!

Sztukę pokochał Londyn, a czy jest szansa, że pokocha ją także Płock?

Nie tylko Londyn, ale i Nowy Jork, i cała Australia. Wszystko, czyli akceptacja i zrozumienie widza, zależy od natychmiastowego kupienia konwencji. Nowej, oryginalnej i niebanalnej, w jakich pływały wszystkie dotychczasowe farsy. To trudne zadanie. Ale nie dla wyrobionej płockiej publiczności i ekipy aktorskiej, zaprawionej wraz ze mną w bojach o udaną sztukę… już po raz siódmy. Siódemka to szczęśliwa liczba, no nie? I tak powiedziałem za dużo. Reszta w Nic nie gra.

To się okaże. Po ostatnim sukcesie scenicznym, jakim się okazały Szalone nożyczki, może być trudno zaskoczyć płocką publiczność. Ostatnio rozbawił pan publiczność do łez.

Jestem reżyserem, adaptatorem i aktorem, ale kiedy przygotowuję nową rzecz jestem przede wszystkim widzem. I to nie byle jakim. Wyjątkowo trudnym do byle jakiego śmiechu – podejrzliwym, szalenie logicznym i drobiazgowym, bo wszystko musi sie zgadzać i puentować na końcu. Jak ze strzelbą Czechowa – pamiętając, że: – "Nie wszystko, co dowcipne, jest śmieszne. I na odwrót...".

To znaczy, że sprawdza pan granicę poczucia humoru u widza, czy po prostu świetnie się bawi?

Ja też się jeszcze rozwijam. Z przedstawienia na przedstawienie podnoszę poprzeczkę. A mam dla kogo. Po tylu naszych farsach i komediach mamy naprawdę wyrobioną i wyczuloną publiczność. Kiedyś wystarczyło, żeby z teatrem przyjechał "ktoś z Warszawy", znany z serialu, czy popularnej zgadywanki telewizyjnej. Teraz przyjeżdżając, musi pokazać coś naprawdę na poziomie.  Bo okazuje się, że tak zwana dawniej "prowincja" wcale nie jest gorsza. A nawet... W każdym razie staramy się.

Jak to jest z własnym poczuciem humoru – ułatwia panu życie?

Śmiech leczy. Poczucie humoru rozwiązuje życiowe problemy. Wesołość zjednuje przyjaciół. A przymrużenie oka daje dystans do smętnej niekiedy rzeczywistości. To jest moje osobiste zdanie i ja się z nim zgadzam w stu procentach. Dziękuję i do zobaczenia tam, gdzie można spędzić czas wesoło i sympatycznie. W naszym teatrze.

Do zobaczenia.

 

Zdjęcie ze spektaklu Szalone nożyczki, fot. Waldemar Lawendowski