O hejcie, teatrze, a nawet polityce. Z Mariuszem Pogonowskim rozmawiała Monika Mioduszewska-Olszewska.

Od kilku dni słyszę głosy oburzenia na to, że powiesiłeś misia. Dlaczego to zrobiłeś?

Bo miś się do tego powieszenia najlepiej nadawał. Pod wieloma względami.
Zgłosiła się do mnie Iwona Markiewicz z POKISu z prośbą, żebym zrobił happening w Strefie Wolności podczas Jarmarku Tumskiego. Happening miał dotyczyć wolności. Jakiś czas temu zabrałem głos w urzędzie miasta Płocka na temat hejtu. Hejt jest brakiem poszanowania wolności. Ten temat we mnie rośnie. Spotkałem się w tej sprawie z młodzieżową radą miasta, udzielałem wywiadów w radiu, próbowałem nawet przygotować jakieś memy, ale sprawa jest niezwykle trudna i delikatna. Mówiąc o hejcie czasami można kogoś zhejtować.

Trudno o tym mówić.

Tak, i dlatego przez długi czas się zastanawiałem, co pokażę w tym happeningu. A czas płynął. Zostało mi już tylko parę dni. Nie miałem zasobów ludzkich, bo wszyscy zajęci przygotowaniem innego spektaklu. Nie mogłem spać. Przewracałem się w łóżku i nagle zrozumiałem, że jedyną osobą, którą będę mógł odrzeć z wartości, odebrać jej jakość, wykazać i udowodnić, że jest zła, podła i wredna, i nikt nie stanie w jej obronie - jest miś. Zarazem będzie to oburzające, ponieważ miś, pluszowy miś jest niewinny. Z natury swej nigdy nikomu nic nie zrobił, bo jest pluszową zabawką. A da się logicznie przedstawić i udowodnić, że taki miś jest wrednym, niepotrzebnym łobuzem, którego trzeba ukarać. Bo tak naprawdę każdego można ukarać, jeżeli się tylko zechce. Bo człowiek jest inteligentny, ma sprytny mózg i jeżeli chce komuś odebrać jego jakość, to zrobi to.
I dlatego posłużyłem się tym misiem. Bo hejtując żywego człowieka, ja sam czułbym się niesmacznie.

Pokazując proces odbierania wartości misiowi, w zadziwiająco trafny sposób udało ci się pokazać proces odczłowieczania człowieka.

Przyznam się, że przygotowując materiał o misiu, posłużyłem się hejtem, który został przygotowany na nauczycieli. To mnie zainspirowało.

Wystąpiłeś sam?

Sam. To znaczy z misiem. Technik pomógł mi wprowadzić misia za rączki, bo zaczynaliśmy od tego, że witaliśmy serdecznie misia, przyjaciela wszystkich. A kiedy się okazało, że on się nie odzywa, poczytaliśmy to za arogancję, więc odebraliśmy mu jego wartość.

Jakie były reakcje? Ludzie to oglądali?

Odbiór był minimalny. Strefa Wolności była wciśnięta między stragany. Ludzi o godzinie 13.00 w sobotę było niewiele. Tak naprawdę kilka osób zatrzymało się i wysłuchało tego, co miałem do powiedzenia i było kilku przechodniów, którzy nie wytrzymali napięcia i odeszli w trakcie. Szczerze mówiąc, myślałem że nikt tego w ogóle nie zauważył.

A dlaczego to jest dla ciebie ważne, żeby pokazać ludziom, do czego prowadzi hejt?

Bo się z nim nie godzę. Hejt jest negatywny, ponieważ człowiek dla uzyskania poparcia, dla władzy, odbiera drugiemu jego jakość. Nie dlatego, że tamten jest jej pozbawiony, tylko dlatego, że tak mu wygodnie, że chce się nim posłużyć. Hejt jest manipulacją. Ale jest też odreagowaniem na rzeczywistość.

No właśnie, nie zawsze chodzi tylko o władzę.

Nie zawsze. Czasami chodzi też o to, że sami jesteśmy upodleni przez życie i jak tylko trafi nam się okazja, żeby komuś strzelić między oczy, to robimy to. Właśnie słownie.

Ten happening pewnie też jest konsekwencją programu Plocknij się, który realizujesz w radzie miasta?

Nie jestem bardzo zadowolony z tego programu. Tak sobie myślę, że te działania, które realizujemy są niewielkie. Miałem tak naprawdę jedno spotkanie z maturzystami zorganizowane w Młodzieżowym Domu Kultury. Ale myślę, że niedługo stworzę spektakl teatralny z młodzieżą albo dla młodzieży i to będzie moja wypowiedź na temat hejtu. I być może właśnie będzie tam ta scena z misiem.

Ale ten program to twój pomysł?

Nie tylko mój, jeszcze koleżanek z klubu. Temat pojawił się na radzie miasta w czasie, kiedy zamordowano prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza. Uznaliśmy, że temat jest ważny i mamy potrzebę, żeby znalazł jakiś odzew w nas, jako przedstawicielach rady miasta. Chwilowo te działania są niewielkie, ale ja tego nie porzucę. Po prostu stworzę coś, w czym się najlepiej odnajduje, czyli spektakl teatralny. 

Happening czy spektakl ma zawsze dużo większą moc oddziaływania niż pogadanka. Sztuka jest lepszym medium?

Ja kocham język teatru. Chociaż kiedy zrobiłem spektakl o narkotykach, zarzucono mi, że był moralizatorski, nachalny, nieelegancki. Jeden z krytyków mnie wręcz wyboksował.

Bo ty jesteś agresywny.

Jestem agresywny, jestem nachalny.

Nie każdy lubi, jak się do niego tak mówi.

Chyba tak. Ale taki jestem. Wydaje mi się, że ten spektakl o narkotykach miał swój głęboki sens i był takim studium uzależnienia. Że warstwa procesu uzależniania się była w nim niezwykle ciekawa. I tutaj też pewnie będę nachalny. Bo to będzie prowokacyjne, niegrzeczne.

Myślisz, że teatr, który robisz, może coś zmienić?

Wszystko, co robię w życiu, jest po coś. Albo chcę zarobić pieniądze, albo chcę coś zbudować, albo kogoś czegoś nauczyć, albo zrobić coś ważnego. Tak naprawdę, po co żyjemy na tym świecie? Po to, żeby się zabawić? Pewnie też.

Czasem pewnie też.

Chciałbym powiedzieć coś ważnego. Zgłębianie istoty człowieczeństwa tak w ogóle też jest ciekawe, ale dla mnie ważniejsze jest mówienie o tym, co nas teraz dotyka. Interesuje mnie teatr współczesny. Słabo się odnajduję w Szekspirze, w Wyspiańskim. My to wszystko, co oni przeżywali, przeżywamy teraz, ale ja wolę to opowiedzieć współczesnym językiem. Żywym językiem. Językiem, który jest aktualny, zawiera idiomy i nowe słowa. Archaiczny język nie jest w stanie odnieść się do naszych skojarzeń. Lubię współczesny teatr.

A jak się odnajdujesz będąc artystą i politykiem?

Żaden ze mnie polityk. Ale jestem politykiem.

No jesteś.

Napiszę o tym spektakl. Za parę lat. Jak więcej zrozumiem, na czym to wszystko polega.

Ale coś już rozumiesz?

Zaczyna to do mnie docierać. Ale ja jestem oporny. Ja potrzebuję czasu.

Dziękuję za rozmowę.

Fotografia z happeningu podczas Jarmarku Tumskiego, fot. Anna Monika Chyła.