Kiedy zaczęliśmy pracę nad spektaklem o Wiśle, uznaliśmy, że oprócz materiałów historycznych i tekstów źródłowych, warto poznać historie mieszkańców nadwiślańskich terenów. Okazało się, że pomysł był bardzo trafiony i otrzymaliśmy sześć tekstów, które stały się inspiracją do kilku scen w spektaklu „Na Wiśle śpiewają oryle”.         

Autorem tekstu, który zajął drugie miejsce, jest Wiktor Zawadka, uczeń Gimnazjum im. K. K. Baczyńskiego w Słupnie. Pracę wykonał na podstawie tekstu o Kępie Ośnickiej zamieszczonej w Notatkach Płockich pod opieką polonistki Aldony Owczarek.

 

Historia ciekawa i niezapomniana

Moja historia znad Wisły rozpoczęła się 13 marca 1790 roku.

Po śmierci ukochanej małżonki, Ireny, postanowiłem odłączyć się od przykrej przeszłości, poukładać myśli i odpocząć od domowej krzątaniny. Głównym celem planowanego postępowania stała się przeprowadzka na wyspę - jak się pod koniec życia dowiedziałem - największą na rzece Wiśle. Ówcześnie zamieszkiwało ją dużo osadników holenderskich, co mi bardzo odpowiadało. Pragnąłem za wszelką cenę skończyć z wszystkim, co wiązało się dawnym życiem i tu widziałem pewien rodzaj takowej szansy. Dość sprawnie uwinąłem się z budową letniskowego domku, w którym zamieszkałem wspólnie z wiernym psem, Tropikiem. Dogodne usytuowanie nowego lokum nad brzegiem rzeki, pozwalało mi na rześkie kąpiele, a usypany z piachu i ziemi wał dawał poczucie bezpieczeństwa i - co ważne - odizolowania.

Moje nowe życie płynęło tutaj bardzo powoli, dawało poczucie stabilizacji, pozbierania myśli. Największym jednak urokiem miejsca było odcięcie się od świata. Mało osób wiedziało, że ktoś tutaj egzystuje, a jeżeli wiedziało, nie utrudniało życia, nie ingerowało w nie. Przynajmniej tak mi się wydawało... Do centrum miasta Płocka przybywałem zwykle raz w miesiącu, by zaopatrzyć się w niezbędne wiktuały, środki higieniczne czy załatwić swoje sprawy, ale pragnąłem również posłuchać o bieżących wydarzeniach. Nigdy jednak nie wdawałem się w dysputy - raczej byłem niewidocznym, a już na pewno niemym świadkiem. Zdarzało się niekiedy, że prezentowałem jednak w grodzie interesy całej społeczności i ta rola bardzo mi się podobała - dzięki temu czułem się potrzebny i szanowany.

Na Kępie mieszkały trzy rodziny, w tym dwie z Holandii, mówiące biegle po niemiecku i trochę po polsku - pan Daan Ners ze swoją żoną, Lukas Luren oraz ja z moim pociesznym czworonogiem. Szybko codziennym zajęciem stało się łowienie ryb, uprawa ziemi oraz czytanie woluminów o tematyce historycznej. Zdarzało się, że potrafiłem tak przesiedzieć kilka godzin razem z Tropikiem i Daanem, pochodzącym z Holandii, w którym odnalazłem swoją bratnią duszę.

Daan był skromnym protestanckim pastorem i to on w rozmowie przekonał mnie do zmiany wyznania. Odprawiał msze raz w tygodniu, ale jeśli ktoś z wyspy poprosił go o spowiedź, nigdy nie odmawiał. Za czynione modlitwy nie przyjmował ofiary, starał się za wszelką cenę nieść posługę Bożą. Głównym zarządcą wyspy był niejaki ks. Cyprian Kazimierz Wolicki. Stał on na czele podpisania kontraktu pomiędzy Holendrami o zasiedleniu, które miało miejsce 27 stycznia 1759 roku. Na podstawie owego dokumentu ustalono prawa i obowiązki obydwu stron.

Trochę dociekając w udostępnionych mi grzecznościowo zapiskach w katolickich parafiach w Słupnie i Imielnicy, dowiedziałem się na podstawie akt metrykalnych o indeksie nazwisk holenderskich widniejących już w roku 1701: Ners, Hers, Lambert, Luren. Ponadto z innych źródeł miałem możliwość zapoznania się z ustawą, gdzie wyczytałem informację o sześciu latach tzw. wolnizny, czyli zwolnienia mieszkańców wyspy z podatku. Bytujący tu Holendrzy zabezpieczyli się również na wypadek klęsk żywiołowych, umieszczając w kontrakcie zapis: (...) jakoby się miał trafić taki rok, w który by miała być powódź, a zboża im zupełnie zrujnować, w takowym roku, Dwór Gulczewski ulgę im deklaruje. Kontrakt zezwalał również na pełną niezależność przy sprzedaży zboża oraz drzewa pozyskiwanego na swoich gruntach. Holendrzy pomimo faktu, że byli wolnymi ludźmi, to podobnie jak polscy chłopi pańszczyźniani, zmuszani zostali do pracy na rzecz dworu w Gulczewie. Na podstawie własnej erudycji pamiętałem o fakcie, iż od czasów potopu szwedzkiego wieś płocka borykała się z poważnym problemem braku rąk do pracy, jaki w znaczący sposób dokuczał okolicznym ziemianom.

Umowa zawarta z Holendrami przez samego biskupa Antoniego Sebastiana Dembowskiego miała na uwadze nie tyle sympatie polityczne, co zaszczepianie na polskim gruncie nowoczesnych metod upraw na obszarach zalewowych i trudno dostępnych. Wspólna deklaracja dawała osadnikom ponadto pełne prawo sądzenia się między sobą. Sędzią w tych sporach stawał powszechnie wybierany nestor rodu. W przypadku jednak odwołania się jednej ze stron, sprawę rozsądzał Dwór Gulczewski. Na mocy umowy na wyspie założono nawet cmentarz. Kontrakt miał obowiązywać obie strony przez dwie dekady. Niestety mimo usilnych starań nie udało mi się dotrzeć do żadnego dokumentu, który potwierdzałby przedłużenie powyższej umowy na kolejne lata.

W późniejszym za to czasie na naszą Kępę przybyli niemieccy osadnicy. Od 1799 roku na wyspie znajdowały się cztery domostwa, w których zamieszkiwało dwadzieścia jeden osób. Z nazwisk, które sobie zanotowałem były to: Schwentke, Tews, Jabs oraz Golnik.

Usłyszawszy informację o konieczności powrotu mojego zaprzyjaźnionego pastora, Daana, do jego ukochanego Eindhoven, na początku byłem zniechęcony i przygnębiony. Życie jednak nieprzerwanie toczyło się dalej i nie zważało na moje kaprysy.

Być może wkrótce poznam inne osoby, które też będą niesamowicie ciekawe jak Daan. Nawet się długo nie zastanawiałem nad wyglądem dalszej egzystencji na wyspie, gdy zapuściwszy wędkę usłyszałem za sobą cichy głos starszego człowieka. Pragnął przyłączyć się do czynności łowienia opowiadając przy tym o swoim holenderskim pochodzeniu z rodziny Jabsów. Szybko znaleźliśmy wspólny język. Raymon, bo tak miał na imię, mieszkał wcześniej w Gdańsku, dlatego bardzo płynnie mówił po polsku. Tułacz okazał się być pomocnym, życzliwym i pełnym poczucia humoru. Ku mojej nieukrywanej uciesze odkryłem w nim nowe źródło wiedzy historycznej. Głównym powodem jego przyjazdu na Kępę okazało się badanie okolicznych miejsc. Raymon przyjechał do Polski razem ze swoją matką i ojcem. Rodzina Jabsów przybyła do portu gdańskiego ze względu na codzienne trudnienie się handlem jego rodziców. Raymon urodził się w tym polskim mieście jako bliźniak, jednak jego brat zmarł niebawem na zapalenie płuc. To był jeden z powodów, dla których on wraz ze swoją całą rodziną przeprowadził się aż tutaj na Kępę Ośnicką. Wydawałoby nam się, że nasza wspólna przyjaźń powinna niezmącenie trwać bardzo długo, aczkolwiek po pewnym czasie okazała się pomyłką...

W 1809 roku na wyspie rozgorzała walka, zwana bitwą pod Tokarami. Część wyspy tzw. Tokarskiej została zajęta przez uzbrojonych w dwie armaty austriackich żołnierzy. Polskie oddziały, broniące się od strony Ośnickiej, przez kilka godzin odpierały szturm nieprzyjacielskiego wojska. Na podstawie relacji mojego znajomego, bezpośredniego uczestnika wydarzeń wiem, że po rodzimej stronie zginęło łącznie czterystu żołnierzy, m. in.: major, trzech kapitanów oraz siedmiu innych oficerów; natomiast austriaccy kirasjerzy, patrolujący ówcześnie nadwiślański brzeg odnieśli straty w postaci śmierci dziewięciu żołnierzy, w tym porucznika.

Znana jest mi też inna relacja od biernego obserwatora niniejszych zdarzeń. Z niej usłyszałem o dwudziestu pięciu Polakach, leżących na płask, pod słomą, na płynącym promie, jacy przybyli na wsypę jako rzekomy transport handlowy, przypominający mitycznego konia trojańskiego. Podczas obustronnego wzmożonego ataku rodaków na siły nieprzyjaciela - drugi oddział polski nacierał od strony Kępy Sośnickiej - zaskoczeni tą sytuacją Austriacy rzucili się na barki, jakie pod wpływem widocznego przeciążenia, zatonęły w rzece wraz z wojskiem i armatami. Pozostałych wzięto do niewoli. Ja, jako niespełna sześćdziesięciolatek, nie wiele miałem dotychczas doświadczenia wojennego - bardziej przydawałem się jako sanitariusz niż wprawiony wojak.

Podczas nieoczekiwanych walk zginął także mój znajomy, Raymon, który bezmyślnie pragnął złowić ryby. Czynu jego nie mogę nazwać infantylnym, lecz po prostu niemądrym, czego się po nim nie spodziewałem. Odnalazłszy jego zwłoki z dużą pomocą Tropika, pochowałem go wraz z rodzicami na tutejszym cmentarzu, dokąd udaję się regularnie raz w tygodniu. Siedząc w zadumie, niekiedy wsłuchuję się w radosny śpiew przepływających nieopodal flisaków, brzmiących mniej więcej tak:

Z tamtej strony Radziwia,

Z tamtej strony samojerier,

Machcum comber lipcum jaworum,

Wojtek zaborum,

Radziwia ...

Mańka na mnie wydziwia,

Mańka na mnie wydziwia,

Machcum comber lipcum jaworum,

Wojtek zaborum,

Wydziwia ...

Uroki okolicy - pogłos Wisły, szept drzew, wieczorne kumkanie żab w letnie wieczory - pozwoliły mi na spędzenie na wyspie urozmaiconego życia, którego nie spodziewa się tak naprawdę człowiek na początku swego istnienia. Niechaj opowiedziana tu historia przekazana zostanie dalej, tak jak i ja wiele ciekawostek zasłyszałem sam...

Wiktor Zawadka

Na podstawie: Paweł Piotr Kowalski, Kępa Ośnicka – jak Holendrów osadzano pod Płockiem w 1759 r., Notatki Płockie 55/3 (224), 3 – 16