Pan całą gębą, przesłodzona damulka, przeciętna sympatyczna panna, młody byczek, prawicowy działacz, Żyd z rodzaju siłaczy żydowskich, normalny wojewoda, normalny starosta, stara Żydówka, normalny służący, jego córka, bardzo ordynarny łyk miejski, pani dość ordynarna, ale przystojna, typowy bubek warszawski, weteranka i aktywista lewicowy.

Spotkali się w pięknych okolicznościach przyrody, w okazałym, choć podupadającym dworku. Każdy pewny swego pochodzenia i czystości krwi. Każdy głoszący ortodoksyjne przekonania. Co mogło wyniknąć z takiego spotkania? Zapraszamy do satyrycznej wizji Polski stworzonej przez Antoniego Słonimskiego, w której nikt nie jest tym, kim się wydaje. Premiera 5 października.

Z Rafałem Sisickim, reżyserem spektaklu Rodzina, rozmawiała Monika Mioduszewska-Olszewska.

Co myślisz słysząc słowo „rodzina”?

Ktoś bliski. Ktoś, na kogo zawsze można liczyć. Ktoś na kim mi bardzo zależy, ale też, choć może to zabrzmieć egoistycznie, chcę wierzyć, że to ktoś, komu zależy na mnie. Ktoś, dla kogo, bez względu na wszystko, zawsze warto się poświęcić.

Ktoś, z kim łączą cię więzy krwi?

To dobre pytanie. W naszej kulturze to bardzo ważne. Ale z drugiej strony są przecież rodziny, w których jest dwoje ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci i je adoptują. Skoro najważniejsze są więzy krwi, to kto jest tutaj ojcem i matką tego dziecka? Myślę, że rodzina to związek oparty bardziej na więzi emocjonalnej niż na pokrewieństwie.

Słowo „rodzina” jest dziś wręcz mitologizowane. Z jaką rodziną mamy do czynienia u Słonimskiego?

To oczywiście przewrotność autora. Ten tytuł jest ironiczny. Słonimski drwi z tego mitologizowania, o którym wspomniałaś. Wyśmiewa skrajne postawy ludzi, którzy dla celów polityczno-biznesowych czy dla osobistych korzyści chcą wykorzystać rodzinę, czyli wspólnotę. Dla Słonimskiego rodzina to raczej układ zależności.

Co o nas mówi Słonimski?

Słonimski drwi z nas – Polaków, że chcemy przynależeć do jakiejś grupy wybierając sobie do swojej tożsamości to, co jest dla nas najwygodniejsze – nie godząc się z tym, co czujemy i jacy jesteśmy naprawdę. I chcemy temu podporządkować wszystko inne. Dlatego główny bohater robi wszystko, żeby pasować do tej określonej „rodziny”.

Mogłoby się wydawać, że rodzina u Słonimskiego to ukazany przez niego szlachecki dwór. Ale nie, jego „rodzina” to jest cała Polska, która obecnie, tak jak 1933 roku, kiedy pisał sztukę, jest bardzo podzielona. Każdy chce stworzyć swoją grupkę i nikt nie bierze pod uwagę tego, że wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani i niejako uzależnieni od siebie w tworzeniu współczesnej historii.

Wszyscy chcemy być indywidualistami?

Mimo haseł o demokracji i wzajemnym równym traktowaniu bardzo chcemy być jedyni w swoim rodzaju, co nierzadko doprowadza do skrajnych postaw. Jako naród mamy jeszcze jedną specyficzną cechę, o której jest napisane już w Piśmie Świętym: „Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?” (MT 7, 3-5): 73). Mamy takie same wady, ale nie potrafimy się do nich przyznać, tylko chcemy je wykazać u innych. W związku z tym, że ktoś inny ma te wady, to ja jestem lepszy. A ja przecież nie jestem inny, jestem taki sam. I czego bym nie zrobił, do tej rodziny należę i choćbym nie wiem jak bardzo próbował się wyrwać – to się nie uda. Tu jest bardzo ważna rola Bogumiła Karbowskiego – w momencie, kiedy do jego bohatera dociera, że jest kimś innym niż myślał, wali mu się cały świat.

Rodzinę czyta się trochę tak, jakby została napisana dziś. Czy to będzie spektakl o obecnej sytuacji politycznej w Polsce?

Słonimski miał pseudonim Pro-rok. I miał w sobie coś z proroka. To był szalenie inteligentny facet, umiejący krytycznie patrzeć na otoczenie. To, co napisał w 1933 roku, to było o Polakach, a Polacy są zawsze tacy sami, nie zmienili się.

Churchill powiedział: "Pozostaje to tajemnicą i tragedią historii, że naród [Polacy] gotów do wielkiego heroicznego wysiłku, uzdolniony, waleczny, ujmujący powtarza zastarzałe błędy w każdym prawie przejawie swoich rządów. Wspaniały w buncie i nieszczęściu, haniebny i bezwstydny w triumfie. Najdzielniejszy pośród dzielnych, prowadzony przez najpodlejszych wśród podłych.”

Brzmi znajomo.

Umiemy świetnie walczyć o ojczyznę, ale jak trzeba coś wspólnie zbudować, to wszystko się rozwala. Tacy jesteśmy. Potrafimy się zjednoczyć przeciwko wspólnemu wrogowi. A jeżeli nie mamy tego wroga, to musimy go znaleźć, bo nie potrafimy ze sobą rozmawiać. I stąd biorą się podziały, bo jeżeli nie mamy wroga zewnętrznego, to będą tacy, którzy nam tego wroga znajdą. I narzucając nam swój sposób postrzegania, na przykład jedynie słuszny model rodziny, stworzą idealne warunki do kolejnej walki. To, że będzie to walka bratobójcza jest już dla nich nieważne, byle mogli stać na jej czele.

To co możemy zrobić? Co nam radzi Słonimski?
Jeżeli będziemy umieli zaakceptować tę prawdę o nas samych, może będzie nam łatwiej się porozumieć. Może uda się stworzyć taką sytuację, w której - gdzie pięciu Polaków dyskutuje, będzie jedna myśl. Bo obecnie, gdzie pięciu Polaków, tam sześć zdań. Póki co, w momentach krytycznych, kryzysowych, uciekamy w siebie. Zamiast próbować zrozumieć inną perspektywę, chowamy się za jakimś pancerzem i walczymy o swoje. Nie zawsze do końca słusznie.

Mamy w sztuce zbiór wyrazistych postaci o bardzo silnych przekonaniach. Czy to znaczy, że zobaczymy na scenie jedną wielką awanturę czy raczej próbę dogadania?

Z tym dogadaniem będzie trudno, ale awantury też nie będzie. Bardziej skupiam się na opisie sytuacji. Główna postać grana przez Mariusza Pogonowskiego – dla mnie alter ego Słonimskiego – to ktoś, kto potrafi spojrzeć na świat ironicznie. Ma swoje wady, ułomności, ale widzi więcej.

Czy teatr może dziś coś zmienić w tej polsko-polskiej awanturze?

Powiem może dość przewrotnie. Pracuję w teatrze 30 lat – i myślę, że „coś zmienić” mogą ludzie. Teatr może coś wskazać, więcej – teatr powinien coś wskazać. Tylko czy powinien dawać rozwiązania czy zadawać pytania? Po co w ogóle teatr?

No właśnie, po co?

Po to, żeby umiejętnie zadać pytania, które spowodują, że widz inaczej spojrzy na świat. Teatr nie jest po to, żeby pokazywać, jak jest, bo to każdy (taką mam nadzieję) wie. On powinien dać impuls do innego spojrzenia na życie – na nasz sens istnienia we wszechświecie, na bycie człowiekiem. 
Rodzina pokazuje nasze przywary, ale nie po to, żeby nam powiedzieć to, co już wiemy. Tylko żeby nam uświadomić, że tego się nie da odrzucić, ale możemy to zaakceptować. A kiedy bardziej siebie poznamy i się ze sobą pogodzimy, będzie nam się lepiej żyło.

A my chcemy to w ogóle oglądać?

A chcemy być zdrowi? Chcemy, ale nie lubimy zastrzyków. Nie chcę porównywać teatru do zastrzyków, ale trochę to tak jest. Chcemy być zdrowi, ale pracujemy za dużo i nie mamy czasu dla siebie. Chcemy coś zdziałać, ale uciekamy w bezsensowne erzace. Bo boimy się usiąść sami przed sobą albo przed tą rodziną i szczerze porozmawiać. W rodzinie każdy człowiek ma swój świat i często w niego ucieka, mając pretensje do innych, że nie dają mu tego, czego potrzebuje. Ale sam też tego nie daje innym.

Czy Polacy są rodziną dysfunkcyjną?

Nie ośmielę się tego powiedzieć. To zadanie dla profesorów psychologii, socjologii. Obserwuję świat, ale wypowiadam się poprzez spektakl. Teraz jest modne szybkie ocenianie i kategoryzowanie ludzi. Mamy dookoła mnóstwo negatywnych ocen, czujemy przymus stawiania się po różnych stronach. Staram się tego unikać.

Zastanawiam się, czy w tym wszystkim, co się dzieje dookoła, da się jeszcze usiąść w teatrze i z otwartym umysłem coś przyjąć?

Zrobię wszystko, żeby się dało.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Sisicki (ur. 27 grudnia 1966 w Warszawie) - reżyser i aktor teatralny i filmowy. W 1989 roku ukończył wydział aktorski w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie, a w 2005 reżyserię na wydziale reżyserii dramatu w Akademii Teatralnej w Warszawie. Występował w teatrach: im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku, Na Woli w Warszawie, Nowym w Warszawie, gdzie był również asystentem Adama Hanuszkiewicza. W Płocku debiutował jako aktor (Lulejka - Pierścień i róża w reżyserii Tomasza Grochoczyńskiego) i reżyser (Opowieść Wigilijna Charlesa Dickensa - adaptacja, teksty piosenek, choreografia).
Wyreżyserował min. spektakle: Eugeniusz Bodo - Czy mnie ktoś woła? - autor scenariusza (Teatr w Sosnowcu), Bromba w sieci Macieja Wojtyszki (Teatr Dormana w Będzinie), Pożegnania 68 Jerzego Masłowskiego (Teatr Żydowski w Warszawie). Był reżyserem serialu telewizyjnego Brzydula. Jest autorem scenografii i choreografii do spektakli teatralnych. Szerszej publiczności znany jako Dyrektor Generalny z serialu Na wspólnej.

fot. Waldemar Lawendowski