Skowronek to monodram Barbary Misiun wg poezji Cypriana Kamila Norwida i Kazimierza Józefa Węgrzyna. Premiera odbyła się 25 października na Scenie Piekiełko. O spektaklu z Barbarą Misiun rozmawia Leszek Skierski. 

Kiedy zaczęła się twoja artystyczna przygoda Norwidem?

Inspirują mnie rzeczy trudne. Już w liceum intrygował mnie fakt – dlaczego w programie nauczania poświęca się Norwidowi tak mało czasu, zwłaszcza, że jego poezja jest trudna i wymaga szczegółowej analizy? Odczuwałam jego odrzucenie nie tylko przez epokę, w której żył i tworzył, lecz także przez ludzi współczesnych. Rzadko który teatr ważył się na wystawienie jego utworów. Gdy ogłaszano "Rok Norwidowski", mijał on bez echa. Tylko największe umysły, takie jak np. Jan Paweł II, sięgały po jego myśl. Kilkanaście lat temu zaproszono mnie do jednej z wyższych uczelni, bym poprowadziła zajęcia ze słowem. Oczywiście "przyszłam z Norwidem" i od tamtej chwili nigdy się z nim nie rozstałam. Utożsamiam się z jego myślą i filozofią.

Skowronek jest solidną dawką filozofii, pięknego słowa i subtelności – wszystkim, co cechuje twórczość Norwida – artystę słowa, sztukmistrza. Jak wyglądała twoja praca nad tekstem, doborem utworów?

Od kilkunastu lat zbierałam jego utwory, czytałam i kontemplowałam. Pewnego wieczoru przyszłam z próby i z mojego wnętrza wylała się poezja Norwida. Byłam nią napełniona. Wiersze same ułożyły się "w porządek myśli". Nie mogę powiedzieć, że nic nie robiłam, bo może to mieć "ujemny wpływ na wysokość mojego wynagrodzenia". Żartuję oczywiście.

Błysk humoru zaznacza się też w spektaklu.

Tak! Prezentuję w przedstawieniu fraszki Norwida, aranżuję humor sytuacyjny i jak to kobieta – przewrotnie interpretuję niektóre jego teksty. Nawet tak wielki poeta jak Norwid może stać się bezbronny, gdy znajdzie się "na językach" twórców. Jest jednak fundamentalna sprawa – Norwid żyje przede wszystkim w moim sercu, stąd tak swobodnie mogę operować jego poetyką, myślą i humorem.

Norwid był poetą – myślicielem. Reprezentuje filozofię personalistyczną.

Tak! W centrum jego poetyckich rozważań znajduje się człowiek ze swoimi tęsknotami, ułomnością i wiecznym przeznaczeniem. Norwid nie tylko wytyka błędy, ale również buduje człowieka – wskazuje na piękno, które Stwórca odcisnął w sercu człowieka jako zadatek nieśmiertelności. Norwid nie unika trudnych tematów będących przedmiotem publicznych dyskusji. Wszystkie interesujące go zagadnienia, rozważa w odniesieniu do Boga, dlatego mają one charakter ponadczasowy i uniwersalny. Stąd też postrzegam Norwida jako wybitnego teologa, prekursora katolickiej nauki społecznej. Widzę też w nim człowieka teatru, pedagoga, człowieka świętego, artystę Słowa, sługę Prawdy – Dobra – Piękna. 

Który gatunek – liryka, czy poemat, okazał się być dla ciebie trudniejszy na scenie?

Wybierałam utwory Norwida, które w sposób szczególny przemawiały do mnie, dotykały mojego serca. Stąd na scenie zanikła różnica między poematem a liryką. Wszystkie utwory Norwida posegregowałam tematycznie według kluczowych pojęć: prawdy, dobra, piękna, słowa, sztuki, miłości do Boga i ojczyzny oraz śmierci i nieśmiertelności.

Utwory Norwida zestawiłaś z twórczością współczesnego poety Kazimierza Józefa Węgrzyna. Czy coś łączy obu tych twórców?

Oj, tak! Łączy ich przede wszystkim miłość do Boga, ojczyzny i muzyki Chopina. Norwid napisał wiersz pt. Fortepian Chopina, a Węgrzyn Tryptyk Chopinowski. Obydwaj są zatroskani o Polskę, o stan kultury polskiego społeczeństwa, a zwłaszcza o stan słowa. "Cóż stało się ze świętymi wnętrznościami słowa?" – pyta Norwid. „Mowo moja, w śmierdzących barach, z wykręconymi rękami metafor, z ślinotokiem przekleństw w pijackich melinach... z wrzodami kłamstw... włóczona pod latarnie hańby w krzykliwym makijażu bezwstydu..." – pisze Węgrzyn. "Ojczyzna to wielki zbiorowy obowiązek" – ten piękny, obywatelski imperatyw przyświecał poglądom Norwida na zadania literatury. Posiadam tomiki poezji Węgrzyna, które są poświęcone tylko miłości do Boga i ojczyzny, zatroskania o jej los, np. Przejście przez Morze Czerwone, Dom na rozdrożu, Larum Polskie.

Na scenie zabrzmiała również muzyka Józefa Kaniowskiego i Krzyśka Misiaka. Wszystko było spójne, mistycznie opracowane, zamknęło się w kategorii piękna, które zawarł Norwid w swoich poematach. 

Ucieszyłam się, że Krzysztof będzie na etacie kierownika muzycznego w naszym teatrze. Miałam już wtedy plany związane z Norwidem. "Spadł mi z Nieba" - jak to się mówi. On jeszcze o tym nie wiedział i nieroztropnie pochwalił mnie podczas naszego pierwszego spotkania. Od tamtego momentu zaczęła się jego "droga przez mękę" – praca ze mną. Józef Kaniowski, twórca opery do libretta Lucjana Rydla, założyciel Międzynarodowego Festiwalu Młodych Pianistów, reprezentuje nurt muzyki klasycznej i sakralnej, zaś Krzysztof Misiak jest gitarzystą jazzowym. Uznałam, że połączenie tak różnych osobowości artystycznych może być ciekawe. Nie myliłam się. Józef Kaniowski napisał muzykę do sześciu tekstów Węgrzyna, które śpiewam, a Krzysztof zrobił aranżację i oprawę muzyczną spektaklu - oczywiście rozmawiamy o Skowronku. Okazuje się, że gdy jest życzliwość i uczciwość, można porozumieć się ponad podziałami.   
Mówiąc o warstwie muzycznej spektaklu, nie sposób pominąć Elizy Łochowskiej.
Tak. Eliza przygotowała mnie wokalnie i pomogła zamknąć tę "stronę" w kategorii piękna.

Szczególnie wzruszająco zabrzmiał utwór poświęcony św. Stanisławowi Kostce „A ty się odważ świętym być”, który sugestywnie kierujesz w stronę publiczności. Czy chciałaś przez to coś powiedzieć?

Idea, która przyświecała mojemu spektaklowi skupiała się na podniesieniu wzroku człowieka ku wyżynom Ducha. Tak wiele powstaje spektakli, które degradują osobowość aktora i widza. Coraz więcej twórców traci swoją tożsamość, traci kontakt z Bogiem, a przez to z samym sobą. Ich znajomość Boga ogranicza się do pojęcia "Boziulki" i "paciorka". Wiersz poświęcony św. Stanisławowi Kostce umieściłam na końcu mojego monodramu. Chcę przez to zachęcić widza, by dążył do świętości, by miał odwagę przyznawać się do Chrystusa, by poznał, że świętość jest w zasięgu naszych możliwości, gdy powiemy Bogu – "tak". Zaufanie Bogu uwalnia nas z lęków i uzdalnia do wielkich rzeczy. Spektakl nie kończy się jak zawsze wyciemnieniem, wręcz przeciwnie - rozjaśnieniem - wejściem w obszar świętości, w jasne, nadprzyrodzone światło.

Dziękuję za rozmowę.