Rozmowa z Jolantą Michalską, laureatką konkursu „Opowiedz nam o Wiśle”, autorką dwóch książek ze wspomnieniami matki Kamili „Opowieści mojej mamy - czasy okupacji” i „Opowieści mojej mamy – czasy PRL”. Rozmawiała Monika Mioduszewska-Olszewska.

Pani tu mieszka od zawsze?

Tak, tu się urodziłam i tu mieszkam. Mnie się zdaje, że to jest najpiękniejsze miejsce na świecie. Chyba nie ma ładniejszego. Tak, jak napisałam w wierszu „Moje Mazowsze” tu wszystko jest ładniejsze niż gdzieś indziej, i piasek wiślany jaśniejszy, i tatarak bujniejszy. Praktycznie codziennie jestem nad Wisłą i w lesie.

Mieszka pani nad Wisłą i ją uwielbia, ale czy to nie jest trudna miłość? Życie nad rzeką chyba nie jest łatwe?

Dobrze pani to ujęła, to trudna miłość. Wisła nas zalewała, płynęła swoim nurtem, płynęła, tam, gdzie chciała, na olszynkach, na łące, na drodze, była u nas w domu i na posesji. Podczas powodzi w 1982 roku wszystkie domy na Gmurach zostały zalane, nawet te stojące na górce. W naszym domu woda przelała się oknami. Ale nie wyobrażam sobie, żebym mogła mieszkać gdziekolwiek indziej, a po wyjściu z domu nie czuła leśnego zapachu żywicy i bryzy wiślanej.

Zastanawiało mnie to, że jest tu sporo nowych domów. Ludzie nie boją się budować nad rzeką?

Nowy dom pobudowaliśmy na wysokim fundamencie ponad 2 m, tj. około 1,5 m ponad stan wody, jaka była podczas powodzi w stanie wojennym. Ludzie budowali się na Gmurach i nadal budują, bo to jest ich miejsce na ziemi. 

To niesamowite.

U nas zalało wszystko. Przez cztery miesiące byliśmy na wygnaniu. Jak była powódź, mój syn był mały i miał rok. Mąż przetransportował nas do swojej mamy, a sam wrócił ratować to, co jeszcze pozostało. Potopiły się kury i kaczki, zdjęcia, książki, ubrania, nawet szklanki i zastawa stołowa zamarzły w regale i popękały.

Jak to jest, kiedy przychodzi wielka woda?

Jak powódź przyjdzie w lato, to pół biedy. Najgorzej jest z tą z roztopów, kiedy na dworze jeszcze mrozek lub zimą podczas zatoru, gdy jest spory mróz, wówczas jest tragedia. Najpierw wyłączają nam prąd ze względu na bezpieczeństwo. Jak człowiek nie ma własnego agregatu prądotwórczego, to jest odcięty od świata, od wszelkich informacji, nie działają telefony, telewizja i internet, a w domu nie ma ogrzewania i nie ma jak wypompować napływającej wody.

To są koszty mieszkania w tak pięknym miejscu?

Myślę, że tak. Nigdy nie ma nic za darmo.

Czuje pani to nieustające niebezpieczeństwo? Mieszka pani na bombie zegarowej?

Nie. Na bombie zegarowej żyją ludzie, którzy mieszkają w pobliżu wałów. Gdy woda przerywa wał, wówczas idzie z siłą wodospadu. A u nas wchodzi, kiedy chce i wychodzi, kiedy chce. Postoi dzień, nieraz tydzień czy miesiąc, ale spokojnie wejdzie i tak samo spokojnie wyjdzie.

Co, według pani, zostało dziś z tradycji wiślanej?

Myślę, że niewiele. Zostały wianki i święto morza. Ale to nie jest tak, jak odbywało się kiedyś. Zniknęły też pasażerskie statki parowe i barki z towarami. Z tradycji zostało jedynie rybołówstwo. Tu na Gmurach praktycznie każdy ma swoją łódkę. My też mamy, tylko mąż nie ma czasu pływać, nasza łódka leży nieużywana i wymaga remontu. Ale jest. Podczas powodzi w 2010 roku stanowiła jedyny środek transportu.

Pisze pani, że kiedyś Wisła była żywicielką i warsztatem pracy. Czy dziś jeszcze dla kogoś jest?

To się zmieniło w latach 60 - 70. W naszej rodzinie nawet dużo wcześniej. Ojciec mamy łapał ryby, miał swoją wodę od Dobrzykowa do Wyszogrodu. Wisła była jego warsztatem pracy. Łowił w sezonie letnim, a jak przychodził okres cukrowniczy, to chodził na kampanię do fabryki w Borowiczkach. Niestety ucierpiał podczas pożaru i zmarł, na wskutek odniesionych ran, o czym pisałam w już wydanej książce „Opowieści mojej mamy-czasy PRL-u”. I tak się skończyła nasza przygoda z rybaczką na Wiśle. Zostali dwaj synowie dziadka. Jeden z nich wyjechał do Szczecina i pływał na kutrze rybackim, później zabrał drugiego brata i obaj łowili ryby, z tą tylko różnicą, że nie na Wiśle, a na Bałtyku. Nawet mój brat rodzony został zawodowym rybakiem i łowił ryby w Wiśle.

Je pani ryby z Wisły?

Tak, oczywiście, są bardzo smaczne. Mówi się, że lepsza jest ryba hodowlana, niż wiślana, ale to nieprawda. Dziś już nie mam nic wspólnego z rybołówstwem, ale wolałabym dziesięć razy zjeść mały kawałek ryby z rzeki niż wielką rybę hodowlaną.

A w okolicy ludzie łowią? Jak się pani zamarzy taki kawałek rybki, to sąsiad złowi?

Tradycja rybacka na Gmurach pozostała. Naprzeciwko mnie mieszka rybak. Nawet niedawno mąż przyniósł parę karasek, sąsiad powiedział, że nie ma co z nimi zrobić i dał, nie chcąc żadnej zapłaty. Usmażyłam je i włożyłam w ocet. Dobrze, że mi pani o nich przypomniała.

Jakie jeszcze ryby z Wisły jadacie?

Różne. Są leszcze, płocie karaski i te lepsze, które nie mają ości: sandacze, szczupaki i sumy. Pamiętam, jak mój brat złapał takiego suma, który ważył około 50 kg.

Jak tak pani słucham, to myślę, że to naprawdę wyjątkowe miejsce. Jesteśmy w granicach miasta, a tu z jednej strony las, z drugiej woda, tu sąsiad ryby złowi, można łódką popływać.

Nie ma takiego drugiego miejsca na ziemi. Zwłaszcza teraz latem, kiedy jest ciepło, jest tu tak pięknie. Przyjeżdżają letnicy można by rzec, że życie kipi. Gorzej jest zimą, gdy wszystko zamiera.

Skąd się wzięło pisanie książek ze wspomnieniami mamy?

Pamiętam jeszcze z dzieciństwa, jak mieliśmy w domu taką wielką kuchnię kaflową. Jako małe bajtle, ja i brat siadaliśmy przy kuchni, fajery nagrzane do czerwoności, a mama stała przy garach i opowiadała: „A na Kępie był Eichman…”, „A stary Tews to był dobry człowiek, mój ojciec chodził do niego po to, czy po tamto”. A my z bratem otwieraliśmy buzie i słuchaliśmy z zaciekawieniem. Pewnego dnia rozmawiałam z córką, już dorosła kobietą, opowiadałam jej o tym, jak kiedyś wyglądały Gmury i jak żyli mieszkańcy, a ona z niedowierzaniem patrzyła na mnie. Nie tak dawno w telewizji oglądałam program i nie mogłam uwierzyć w to, że młodzi ludzie nie wiedzą, co to była Służba Polsce i Urząd Bezpieczeństwa. Myślę sobie, Boże, przecież ci młodzi nic nie wiedzą, jak było zaraz po wojnie, jak ludziom ciężko się żyło i jak trudno było zarobić na kawałek chleba. Ci, którzy przeżyli te trudne czasy, dawno poodchodzili. Wykruszają się ludzie z tego pokolenia, została ich tylko garstka. Jeśli i oni odejdą, to nikt już nie będzie mógł zaświadczyć o tym jak było naprawdę.

I zaczęła pani pisać.

Tak. Na początku chciałam napisać tylko o czasach wojennych i na tym poprzestać. Dopiero później, gdy przyjechała do mnie Basia Moschetta, córka wuja Zygmunta, brata rodzonego mojej mamy, zaczęła mnie namawiać, żebym napisała też o czasach późniejszych. Temat rzeka, ale ja podchodziłam do tego sceptycznie, nie miałam żadnych zdjęć ani materiałów, bo wszystko uległo zniszczeniu w czasie powodzi w stanie wojennym. Basia po powrocie do siebie, do New Jersey, przysłała mi sporo dokumentów i zdjęcia. Miejscowa ludność też mi dużo pomogła. Napisałam drugą część o ludziach znad Wisły. Książką tą chciałam oddać hołd tym, którzy tu mieszkali i zmagali się z trudną rzeczywistością i surowym życiem za czasów „władzy ludowej”. Pomyślałam sobie, że przecież ci ludzie przeżyli gehennę, po to, abyśmy my mogli żyć w wolnej i demokratycznej Polsce.

Pamięta pani z tych opowieści jakichś szczególnych ludzi z pani okolic?

Była taka pani, Bronia Pasikowska, położna, która wszystkim pomagała. Mieszkała w Borowiczkach. To była dusza człowiek. Pisząc o Borowiczkach, nie sposób pominąć właśnie jej. Ona wszędzie jechała do chorych, czy była noc, czy zima, czy ktoś po nią przyjechał czy nie. Potrafiła nawet do Mirosławia iść pieszo w środku zimy, bo dziecko potrzebowało pomocy. Jest w mojej książce taka fajna historia, kiedy moja mama poszła do Borowiczek, wchodzi do sklepu, wybiega facet i krzyczy, że mu ukradli konia z wozem. Ktoś się odezwał: - A widziałem, Pasikowska zadarła nogę, wsiadła na wóz, zacięła konia i pojechała. Chłop złożył ręce jak do modlitwy, spojrzał w górę, i powiedział: - O, dzięki ci Panie Boże, jak to ona, to jak się dzieciak urodzi, to i konie się znajdą.

Pisze pani, że woda, jednemu zabierze, a drugiemu da. Jak czytam w pani tekście historię o moście, który został zniszczony przez krę i dzięki temu ludzie dostali drewno na domy lub na opał, to myślę, że to był jakiś szczególny rodzaj symbiozy z naturą, którego już nie ma.

A powiem pani ciekawostkę, że w tym roku, latem, nie tak dawno Wisłą płynęły całe bale drewna. Ja tego nie widziałam, ale sąsiad mówił, że widział. Parę osób złapało trochę drewna na opał.

Czyli to cały czas tak z tą wodę jest?

Trochę tak. Można rybkę złowić, grzybka w lesie znaleźć, ale z samego tego człowiek nie wyżyje.

Czy po tych wszystkich powodziach nie myślała pani nawet przez chwilę, żeby się stąd wyprowadzić?

Starych drzew się nie przesadza. (śmiech) Niech pani weźmie moją książkę i przeczyta, co jest napisane na okładce.

„Nie umiałabym żyć gdzie indziej. Bez starego boru sosnowego i Wisły”. No tak, to już mam odpowiedź.

Nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać w bloku, że wychodzę przed dom i widzę tylko ulicę i sklepy. A niech pani podejdzie do okna. Takiego widoku nigdy bym nie oddała.

To co pani robi, jest bardzo cenne, bo przywraca pani historię społeczną, której nie uczy się w szkołach. Zawsze się cieszę, jak ktoś to robi. W szkołach mówi się o wielkich traktatach i bitwach, a nie ma słowa o tym, jak żyli ludzie. Gratuluję pani tych książek i dziękuję, że zechciała pani wziąć udział w naszym konkursie.

Powiem pani, że ja w ogóle nie wiedziałam, że jest jakiś konkurs i z pewnością nie wzięłabym w nim udziału, gdyby nie moja wychowawczyni ze szkoły podstawowej w Borowiczkach, pani Wanda Gołębiewska, poetka, z którą się przyjaźnię. To ona poinformowała mnie o konkursie i zachęcała do wzięcia w nim udziału. Dość długo wzbraniałam się przed tym (śmiech). Ale uległam sugestii pani Wandzi i dałam się namówić. W końcu pani Wanda Gołębiewska uczyła mnie polskiego, a to do czegoś zobowiązuje.

W takim razie musimy podziękować pani Wandzie. Dziękuję za rozmowę.

Tekst konkursowy Jolanty Michalskiej