Największą nagrodą jest cisza

Pierwszy raz na płockiej scenie pojawił się w spektaklu Dwa teatry w reżyserii Marka Mokrowieckiego. Od września zostaje aktorem etatowym. Z Adamem Gradowskim rozmawiała Monika Mioduszewska-Olszewska.

Często cię pytają o słynnego przodka?

Nie, bo nie każdy wie, że to moja rodzina. Antolek Gradowski był bratem mojego pradziadka. Niewiele o nim wiem, bo zginął jako dziecko.

Antolek Gradowski miał 14 lat walcząc w obronie Płocka w 1920 roku. To w mieście ikona.

No tak, był jednym z tych młodzieńców, którzy pomagali żołnierzom dostarczając im broń i amunicję. Stał się symbolem. Jego historia pokazuje, jak ówcześni ludzie podchodzili do sprawy wolności. Antolek wyszedł z pistoletem na jeden nabój na armię, więc to się niestety musiało tak skończyć. To jest ważna historia w mojej rodzinie, ale nie epatujemy tym, że to nasz wielki przodek. Fajnie, że jest ulica Gradowskiego, jak widzę swoje nazwisko na tabliczce, to zawsze jest to miłe. No i jestem dumny, że taki człowiek był w naszej rodzinie.

Dlaczego jesteś aktorem?

Może trochę z powołania? Może trochę dlatego, że będąc na scenie, przez chwilę mam taką władzę nad ludźmi – ale władzę w dobrym tego słowa znaczeniu. Że mogę dać coś drugiemu człowiekowi, oderwać go od rzeczywistości.

A co ci w tym zawodzie daje największą radość?

Największą nagrodą nie jest to, jak ktoś stoi i klaszcze. Dla mnie największą nagrodą jest cisza. Po. Bo wtedy wiem, że ten świat tak bardzo wkręcił daną osobę, i udało mi się oderwać ją od rzeczywistości na tyle, że nie wyjdzie z teatru, nie zapali papierosa i nie zapyta, co zjemy na kolację, tylko będzie rozmawiała o tym, co się przed chwilą działo w sztuce.

Znalazłam w internecie film - wizytówkę aktorską, w której opowiadasz o tym, jak się zaszyłeś na trzy dni w lesie. Jesteś człowiekiem lasu?

Nie jestem mieszczuchem. Bardzo lubię wieś, bo stamtąd pochodzę. Ludzie mówią o wsi różne rzeczy, ale uważam, że czasami można mieszkać w mieście i być gorszym wieśniakiem niż mieszkając na wsi. Wieś jest cudowna. Jeśli mam do nauczenia jakiś tekst, lubię wyjść na całą noc – znam bardzo dobrze brwileński las. Wiem, co mnie czeka, jaka tam żyje zwierzyna. Od najmłodszych lat sporo przebywałem w lesie, więc wiem, jak uciec przed dzikiem (śmiech).

Co aktorowi daje kontakt z naturą?

Taką nirwanę. Oderwanie się od całego światka, który nas tu otacza – samochodów, ludzi, hałasu. Najgorzej się czuję w większych miastach. To mnie trochę przytłacza. Poruszam się po nich, bo muszę, ale natura daje mi odskocznię. Dopiero w kontakcie z nią tworzę to, co chcę stworzyć, odpoczywam i ładuję baterię, żeby tutaj przyjść i dać z siebie wszystko. Tak to mniej więcej działa.

Marina Abramović w manifeście życia artysty pisze, że artysta powinien spędzać dużo czasu nad wodospadami, przy wybuchających wulkanach, obserwować rwące rzeki, patrzeć na horyzont, obserwować gwiazdy na nocnym niebie.

Inaczej się nie da. Ja przychodzę na próbę już z czymś, ale tworzę to tam – na łonie natury.

Aktorstwo to nie jedyna twoja pasja. Spełniasz się w ludowych tańcach, a płocczanie znają cię z Vistula Folk Festiwal.

Przez sześć lat tańczyłem w zespole Wisła i tam się zaczęło to bycie na scenie. Nigdy wcześniej o tym nie myślałem. Tańczenie w takim zespole to niezła szkoła – zanim wejdzie się na scenie przez dwa lata ma się przygotowanie baletowe. Tam zaszczepiono we mnie tę magię życia „pseudoartystycznego”. Bo nie lubię słowa „artysta”. Od dwóch lat prowadzę festiwal, ale od dawna już zajmuję się sprawami reżyserskimi i organizacją. Staramy się pokazać, że folklor to nie tylko „przytupajka”.

A co jest fajnego w folklorze?

Geniusz tkwi w prostocie. Moniuszko też pisał proste melodie. Inspirował się folklorem. Podobnie Chopin. Te rzeczy folklorystyczne są bardzo proste i ten geniusz, piękno i magia w tym tkwią. Z innymi narodami różni nas temperament. Inna mentalność, krew płynie pod innym ciśnieniem, ale wspólny mianownik pozostaje ten sam – prostota.

Czy doświadczenia z zespołu ludowego pomagają ci w aktorstwie?

Bardzo. Od jednego swojego profesora usłyszałem, że ta ludowizna mi dała to, że każdy tekst, który staram się wypowiedzieć, jest powiedziany z serca, szczerze, bez niepotrzebnej górnolotności. Wprost do widza. I w tym pomaga folklor. Bo on taki jest.

Czy kiedykolwiek pomyślałeś, że będziesz pracował w płockim teatrze?

Chciałem zagrać gościnnie w teatrze swoim mieście, to na pewno.

I zagrałeś w Dwóch teatrach, ale nie było cię za wiele widać.

Nie było mnie za wiele widać, ale miałem sam dla siebie satysfakcję, mama machała.

Teraz idziesz krok dalej.

Bardzo się z tego cieszę. Może to egoistycznie zabrzmi, ale Płock to dobre miasto dla aktora, bo jest dobrze położone. Nie ma tej wielkomiejskiej zazdrości i szumu. Ale jest na tyle blisko Warszawy i całego tego światka, że w każdej chwili możemy jechać na casting.

Grasz w teatrze, ale skończyłeś szkołę filmową. Wiążesz swoją przyszłość z filmem?

Film jest dla mnie bardzo ważny. Dostałem teraz rolę w Jana Komasy w filmie „Sala samobójców. Hejter”. Rola drugoplanowa, ale bardzo trudna. Jak film wyjdzie w styczniu, to może ktoś mnie zauważy. Najgorszy jest pierwszy projekt.

Uważam, że teatr jest bardzo rozwojowy, w sensie duchowym, natomiast kino wyrabia w aktorze rodzaj takiego działania „na raz”. Nie buduje się postaci na planie, nie ma wielkiej ilości prób, tylko przychodzę i w dwa, trzy duble muszę to zrobić. To jest ogromne doświadczenie. To są dwa różne grania. I dobry aktor, moim zdaniem, to jest taki, który to połączy.

To pewnie trudne.

To się wyrabia z czasem. Pewnie całe życie będę się tego uczył. Ale dużo daje szkoła filmowa w Łodzi. Tam się robi mnóstwo etiud, które uczą choćby zwykłego ustawiania się przed kamerą. Aktorzy teatralni często tego nie potrafią, a ta umiejętność zaoszczędza czas na planie.

U jakiego reżysera chciałbyś zagrać?

Polskiego?

Może być.

U Smarzowskiego. Bardzo bym chciał u niego zagrać. Mam nadzieje, że się kiedyś uda.

A role teatralne? W jakich rolach chciałbyś się znaleźć na płockiej scenie?

Marzeń o konkretnych postaciach nie mam. Ale lubię grać takich silnych, młodych facetów. Takich konkretnych.

Długo u nas zostaniesz?

Czas pokaże. Zobaczymy, czy się sprawdzę. Życie czasem w jednej chwili potrafi się obrócić o 180 stopni. A może za jakiś czas nie będę aktorem, zajmę się czymś innym? Nie wiem, chociaż obym był. A jeśli nie będę, to będę się starał być szczęśliwy w czymś innym.

Dziękuję za rozmowę.

Adam Gradowski - ukończył PWSFTViT w Łodzi na wydziale aktorskim (2019). Jego dyplom aktorski to Operetka Witolda Gombrowicza w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego, w której zagrał rolę Profesora. Film dyplomowy to Monument w reżyserii Jagody Szelc. Od lat współpracuje z Zespołem Pieśni i Tańca „Wisła" - najpierw był tancerzem, teraz prowadzi zajęcia teatralne. Wspólnie z Piotrem Onyszko, kierownikiem Zespołu Pieśni i Tańca „Wisła" napisał scenariusz i wyreżyserował widowisko patriotyczne pt. Polonia Restituta. Obecnie jest w trakcie realizacji swojego autorskiego scenariusza pt. #Folk-Love we współpracy z Zespołem Pieśni i Tańca ,,Wisła". W styczniu 2020 roku odbędzie się premiera filmu Hejter. Sala Samobójców, gdzie zadebiutuje na dużym ekranie. Interesuje się folklorem, sportem, oraz motoryzacją.

fot. Szymon Kołodziejczyk