Co zrobi doktor Tomas Stockmann, kiedy stanie w obliczu wyboru – będzie walczył o swoje ideały, czy da się wciągnąć w grę polityczną?

Wróg ludu

Z Andrzejem Waldenem – aktorem i reżyserem, inscenizatorem Wroga ludu Ibsena, rozmawia Leszek Skierski.

Ostatnim zrealizowanym przez pana spektaklem w płockim Teatrze w 2002 roku była bajka Kot w butach. Minęło już piętnaście lat, wiele się zmieniło – budynek, przestrzeń sceniczna, zespół aktorski...

Gdy przyjechałem do teatru po piętnastu latach, miałem problemy ze znalezieniem konkretnych miejsc. Trochę się gubiłem w jego ogromnej przestrzeni. A przecież przepracowałem w nim na etacie cztery ciekawe lata / 1991-95 /. Wydawało mi się, że znam ten teatr bardzo dobrze. Spędzaliśmy w nim całe dnie, od rana nierzadko do późnej nocy. Znałem tu każdy kąt. Od tamtych lat nastąpiły jednak wielkie zmiany. Dziś teatr jest piękny, nowoczesny i rzeczywiście można się w nim zgubić. Ale już wiem, jak się w nim poruszać.

Zmieniły się również parametry sceny i zespół aktorski.

Z okresu, w którym byłem na etacie, pozostali tylko: Magda Bogdan, Barbara Misiun, Hanna Zientara, Grażyna Zielińska i Henryk Błażejczyk. Z paroma osobami spotkałem się podczas realizacji Kota w butach w 2002 roku, niektórych poznałem dopiero teraz. A parametry sceny po remoncie i modernizacji? - Chyba niewiele się zmieniły, scena zawsze była ogromna. Reżyserowałem na niej trzy ogromne przedstawienia, Balladynę Juliusza Słowackiego, Don Juana Moliera i Czego nie widać Michaela Frayna. Do dwóch pierwszych spektakli scenografię projektował Marian Fiszer. Do Balladyny budowaliśmy m.in. specjalną zapadnię sceniczną. W Don Juanie w każdym kolejnym akcie scena stawała się głębsza. Użyliśmy do tego czterech tiulowych kurtyn, które dzieliły przestrzeń. Im bardziej Don Juan wchodził w głąb swojej osobowości, im bardziej odkrywał prawdy o sobie i świecie, tym bardziej wchodził w głąb przestrzeni scenicznej. Grobowiec Komandora do którego podąża, i gdzie spotyka go kara /po molierowsku ironiczna/, znajdował się na samym końcu sceny. Spektakl Czego nie widać także wymagał dużej przestrzeni scenicznej. W czasie obu przerw obracaliśmy bardzo rozbudowaną dekorację o sto osiemdziesiąt stopni bez obrotówki. Autorem scenografii był Krzysztof Małachowski.

Domyślam się, że przyjechał pan z własną interpretacją Wroga ludu Ibsena XIX-wiecznego dramatu o skandalu, który wybuchł w małym norweskim miasteczku?

Zapanowała teraz moda na gruntowne przerabianie utworów klasycznych – praktycznie pisanie ich od nowa. Ja staram się pozostać wierny oryginalnemu tekstowi, chociaż w tym pięcioaktowym dramacie musiałem dokonać daleko idących skrótów. Dzisiejszy widz wymaga o wiele szybszej narracji. Dlatego ograniczam w inscenizacji całą otoczkę obyczajową, która dla Ibsena była niesłychanie ważna. Był on przecież jednym z najważniejszych twórców europejskiego teatru realistycznego, a nawet naturalistycznego. Świadomie wprowadził na scenę, po okresie teatru romantycznego, codzienne życie i potoczny /na owe czasy/język. Dla publiczności jego czasów było to zjawisko nowatorskie, często szokujące. Dziś wydaje się to staroświeckie. Zdążyliśmy już przeżyć okres skrajnego naturalizmu, a nie tak dawno przez sceny przeszli „nowi brutaliści”, w porównaniu z którymi Ibsen wydaje się być grzecznym chłopcem.

Wciąż aktualny pozostaje natomiast we Wrogu ludu temat polityczny. Dramat pokazuje niezmienne w świecie starcie dwóch sił politycznych: tych, którzy mają władzę i chcą zachowania status quo, z tymi, którzy tej władzy pragną, i chcą dokonać „rewolucji”. Obie te siły wypisują na swoich sztandarach hasła: „lud”, „społeczeństwo”, „naród”, obie jednak w gruncie rzeczy walczą o interesy własne i swoich popleczników. Kiedy między nimi znajdzie się samotny idealista - fanatyk, jego los nie rysuje się w różowych kolorach.

Z jakimi pytaniami będzie się musiał zmierzyć widz po obejrzeniu pana spektaklu?

Nie chciałbym zdradzać szczegółów, ale najistotniejsze pytanie wyniknie z dokonanego przeze mnie skrótu w zakończeniu sztuki. Ibsen stawia pewnego rodzaju kropkę nad i, nasze zakończenie pozostaje otwarte. Pytanie brzmi: co zrobi doktor Stockmann – będzie samotnie walczył do końca, czy da się wciągnąć w polityczną grę?

Czy będzie pan chciał wskazać na jakieś konkretne siły, które mają głos we współczesnym świecie?

Nie chcę tej sztuki identyfikować bezpośrednio z aktualną sytuacją polityczną. Chcę pokazać pewien mechanizm, z którym zawsze mieliśmy, mamy i będziemy zapewne mieć do czynienia.

Nie myślał pan, żeby pójść o krok dalej i sprowadzić kontekst tego przedstawienia na grunt lokalny? W Płocku także znalazłby się ekologiczny problem, który konfliktuje społeczność lokalną, tworzy podziały.

Sugeruje pan, żeby pójść śladem Jana Klaty, który wystawił tę sztukę w Teatrze Starym w Krakowie, wprowadzając odniesienia do smogu? Nie chcę iść w tym kierunku, bo to wymagałoby wprowadzenia dużych zmianach w warstwie tekstowej, a równocześnie mogłoby skoncentrować uwagę widzów tylko na tym problemie. Poza tym nie znam na tyle płockich realiów, by zabierać w tej sprawie głos. Chcę zrobić spektakl w miarę uniwersalny. To nie będzie sztuka o sytuacji w Płocku czy w Polsce, tylko o pewnym mechanizmie życia politycznego, który wydaje się być, niestety, niezmienny.

Pochodzi pan z rodziny o silnych tradycjach teatralnych. Pana tata – Jerzy Walden, to legenda teatru polskiego – aktor, reżyser, pedagog, dyrektor wielu teatrów, autor utworów scenicznych... Można powiedzieć, że od dzieciństwa przyglądał się pan życiu teatralnemu. Czy miało to wpływ na wybór zawodu?

Niewątpliwie. Od dzieciństwa wiedziałem, że moja droga zawodowa będzie związana z teatrem. W okresie szkoły średniej, kiedy mój ojciec był wykładowcą w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi często bywałem nie tylko w teatrach, ale i na uczelni. Oglądałem egzaminy i spektakle dyplomowe. Kiedy zdałem maturę, zdałem na Wydział Aktorski i ukończyłem go w 1970 r. Po dwóch latach pracy w teatrze, zacząłem studia na Wydziale Reżyserii PWST w Warszawie, które ukończyłem w 1976 r.

Czy kiedykolwiek czuł pan presję ze strony ojca?

Nikt nie musiał mnie namawiać do wyboru zawodu, niczego sugerować. Na początku mojej drogi zawodowej większość osób, z którymi się spotykałem w teatrach, mówiła, że znała mojego ojca z różnych okresów jego pracy teatralnej i pedagogicznej. A dziś to ja mam za sobą czterdzieści siedem lat pracy aktorskiej, czterdzieści dwa reżyserskiej, trzyletni epizod dyrekcyjny w Teatrze Polskim w Bydgoszczy i teraz nie mnie kojarzą z ojcem, ale moją córkę Kaję, aktorkę teatralną i filmową, związaną z Teatrem Bagatela w Krakowie, kojarzą ze mną.

Na koniec chciałbym jeszcze zapytać pana o oczekiwania względem płockiej publiczności.

Jak każdy reżyser oczekuję, że widzowie będą chodzić na mój spektakl, przyjmą go z zainteresowaniem i życzliwością. Dziś często robi się teatr dla recenzentów, polemizuje się z innym reżyserem, konfrontuje z niewielką garstką koneserów. Ja uparcie chcę robić teatr dla publiczności.

Dziękuję za rozmowę.