23 czerwca zapraszamy na przedpremierowy spektakl Tajemniczego ogrodu w reżyserii Stefana Szaciłowskiego ze scenografią Krzysztofa Małachowskiego. Będzie to druga realizacja tego tytułu w naszym teatrze.

W 2003 roku odbyła się premiera Tajemniczego ogrodu w reżyserii Karola Suszki. Główne role grali Katarzyna Wieczorek i Paweł Gładyś. W tym roku ich miejsca zajmą Sylwia Krawiec i Szymon Kołodziejczyk. Adaptację sztuki napisał reżyser. - Obecna realizacja Tajemniczego ogrodu w nowej adaptacji wraca „do źródeł”, czyli tekstu pierwotnego i jego przesłania. To spektakl dla dzieci, ale nie bajka dla najmłodszych. To spektakl, który musi – z racji materii – posłużyć się pogłębionymi pojęciami dobra, zła, dobrych i złych emocji. To rzecz o przyjaźni, wspólnocie odczuć i wrażeń. To wreszcie historia poszukiwania i odnalezienia w sobie pokładów tolerancji oraz wiary w dobro i sprawiedliwość – mówi Szaciłowski.

Chcę pokazać, skąd płynie dobro

Ze Stefanem Szaciłowskim, reżyserem spektaklu Tajemniczy ogród, rozmawiała Monika Mioduszewska-Olszewska.

Czy ogród może uzdrowić?

Może, bo stwarza szansę na oderwanie się od rzeczywistości.

O tym będzie to przedstawienie?

Nie, to przedstawienie będzie o sile. Mamy tam dwie strony mocy. Ta jasna strona to Dick i Marta, czyli dzieci mające kochającą matkę. W ich domu rozmawia się o wszystkim wprost, bez skrępowania.

Druga strona to Mary i Colin, dwójka dzieci pozbawiona miłości. Oboje zostali odepchnięci przez najbliższych, otoczeni tylko służbą. Oni nie znają miłości, ale zaczynają tę miłość odkrywać po spotkaniu ze sobą. Nie miłość pomiędzy kobietą i mężczyzną, ale miłość przez duże M. Początkowo są skupieni na sobie i to dla nich trudne, żeby się otworzyć na drugiego człowieka.

Mary, po rozmowach z Martą, zaczyna dostrzegać zupełnie inny świat, którego nie znała, czyli na przykład relację matka – dziecko. Skupiona na sobie, traktująca świat trochę jako wrogą rzeczywistość. Taki sam jest Colin. Dopiero to spięcie pomiędzy Colinem a Mary zaczyna w nich uwalniać coś nowego, a jednocześnie ma w sobie tajemnicę.

Jaką tajemnicę?

Zostawiam w spektaklu fragment Psalmu, bo trzeba pamiętać, że jest to bardzo chrześcijańska książka. Chcę zachować ten element kultury europejskiej, czyli oddać ducha purytańskiego protestantyzmu angielskiego.

To historia dla dzieci, ale mówi o niełatwych zagadnieniach.

To prawda, ale ta historia pokazuje siłę uczuć rodzinnych. Będę się w niej starał pokazać, skąd płynie dobro.

Siłę rodziny czy w ogóle siłę spotkana z drugim człowiekiem?

Rodziny. Chcę pokazać, co się dzieje z dziećmi, które są jej pozbawione. 

Tajemniczy ogród to też historia, która mówi, co się dzieje z człowiekiem, który odcina się od uczuć, od natury, ale też pokazuje uzdrawiającą siłę natury.

Ale pamiętajmy o tym, że jest pewien fragment, kiedy Colin podczas pobytu w ogrodzie mówi, że jest siła, która sprawia, że te rośliny rosną, że są drzewa, kwiaty, zwierzęta, ludzie i że ta siła go uzdrawia.

Pan to czyta jako Boga?

Oczywiście. Trzeba pamiętać w jakiej kulturze książka została napisana. Że to nie jest gdzieś wyrwane z kontekstu. Kontekst jest europejski z początku XX wieku, jesteśmy w Europie chrześcijańskiej.

Ale chyba dziś możemy to czytać na różne sposoby?

Ja czytam tę książkę myśląc o Bogu, że jest siłą sprawczą. Tak to zostało napisane. Jestem blisko książki, nie dokonuję interpretacji tego typu, że człowiek jest Bogiem. Bo w tej chwili żyjemy w świecie, który mówi nam, że człowiek może wszystko. Otóż nie może wszystkiego. Jest ograniczony sumieniem i prawami moralnymi.

Colin uosabia strach przed śmiercią – jego postać pokazuje, co by było, gdybyśmy usiedli i płakali nad własnym losem, nie próbując żyć.

Trochę to tak jest z nim, ale przez to, że nie ma wsparcia w nikim. Wszyscy go traktują jak potencjalnego trupa. Siłą rzeczy on w to wierzy. Wmówiono mu, że będzie garbaty, będzie chory. Ojciec go odpycha, bo boi się jego ewentualnej ułomności.

Człowiek pozbawiony miłości staje się karykaturalny?

Nie znając miłości jesteśmy ułomnymi i ta ułomność Colina jest pewnym symbolem. Jeśli jestem pozbawiony uczuć, normalnych relacji z ojcem, to jestem ułomny. I on jest taki do momentu, w którym zaczyna się jego rozmowa z Mary. To jest pierwszy raz, kiedy może rozmawiać, kiedy ktoś chce go wysłuchać. Następuje jakaś relacja, której nigdy nie miał.

Dla mnie to jednak historia przede wszystkim o przyjaźni. Bo ta przyjaźń Colina z Mary sprawia, że on otwiera się na świat.

Rodząca się przyjaźń, bo oni siebie rozpoznają i zaczynają się na siebie otwierać. Opowieści Mary o Marcie, o pani Sowerby, o Dicku i o ogrodzie powodują w nich chęć wyjścia z kokonu. Bardzo mi tu zależy na precyzyjnych aktorskich historiach.

Czy język sztuki będzie zrozumiały dla współczesnych dzieci?

Język polski jest naprawdę bogaty i ten język lekko, nie powiem archaiczny, ale trochę wcześniejszy, pokazuje jego bogactwo. Ten język się w teatrze sprawdza, a poza tym teatr musi budować kulturę słowa.

Czy na scenie zobaczymy magiczny ogród?

Raczej przemianę ogrodu. Na początku jest zamknięty, później zniszczony, poschnięty, by na koniec rozkwitnąć.

Pan reżyseruje częściej dla dzieci niż dla dorosłych?

Tak się składa, że przedstawienia dla dzieci robię tylko w Płocku, ale bardzo to lubię. Dziecko jest cudownym widzem, ale też bardzo okrutnym. Bo z dzieckiem nie mogę się dogadać na konwencję. Albo coś jest, albo czegoś nie ma.

Wszystkie przedstawienia traktuję równorzędnie. Mój profesor, Jerzy Goliński, mówił: „Pamiętajcie, pracuje się tak, jakby to przedstawienie miało być ostatnim w waszym życiu i próba ostatnia w waszym życiu. Czyli na sto procent”. I tego się staram trzymać.

A dlaczego pan w ogóle reżyseruje?

Trzeba by było zacząć od pieca, czyli od początku. Mam świadomość, że będąc reżyserem w jakimś sensie stwarzam świat, czyli stawiam się na poziomie Boga. Bardzo często przychodzi taka refleksja w czasie pracy - a kto ci palancie dal prawo być Bogiem? Ale mam świadomość tego stwarzania świata. To jest nęcące. Jakby na te dwie godziny staję się demiurgiem. Ale przychodzi trzecia generalna i ja już wiem, że jestem niepotrzebny, już to się musi toczyć samo. Wtedy jest swoisty żal i totalna pustka wewnętrzna.

Ale cały czas to jest fascynujące?

Gdyby nie było, to bym tego nie robił. Aczkolwiek w tej chwili patrząc na to, co się dzieje w polskim teatrze, zaczynam stwierdzać, że to już nie moja bajka. Nie interesują mnie jakieś chore myśli czy fobie pana reżysera, jego własna skala wartości, która ma się nijak do ogólnie przyjętego w kulturze wzorca i korzeni.

Dziękuję za rozmowę.