Groteska, pokazując rzeczywistość w krzywym, czasami ośmieszającym zwierciadle, pozwala pokazać grozę rzeczywistości.
Od szkolnej draki do portretu władzy
Z Markiem Mokrowieckim – reżyserem sztuki „Ubu Król, czyli Polacy” Alfreda Jarry'ego, rozmawiał Cezary Supeł.
Reżyserował Pan „Ubu Króla” w Płocku w 1995 roku, w zupełnie innej Polsce, innym teatrze, innym momencie życia. Czy wracając dziś do tego tytułu, wraca Pan do tego samego tekstu, czy raczej do swojego własnego spektaklu sprzed lat?
Polska Roku Pańskiego ’95 – Polska i świat roku 2026 to dwa inne światy. To jest tak zwane pierwsze primo. Dlaczego wróciłem do tego tytułu? „Ubu…” to tekst ponadczasowy, który różnie jest odczytywany w różnych epokach historycznych. Absolutnie nie wracam do tamtego przedstawienia. Robię przestawienie zupełnie nowe, inne.
Co w „Królu Ubu” dziś jest dla Pana najbardziej aktualne, a co może okazało się prorocze dopiero z perspektywy czasu?
„Król Ubu” został napisany jako szkolna draka. Piętnastoletni Alfred Jarry z kolegami napisał satyrę na nauczyciela – satyrę, która okazała się prorocza dlatego, że dotyka rzeczy uniwersalnych.
Czy dopuszcza Pan możliwość, że po tej premierze ktoś poczuje się nie tyle urażony estetycznie, ile dotknięty osobiście – rozpozna w „Ubu…” język, gesty i logikę świata, który sam współtworzy? I czy taki skandal byłby dla Pana problemem, czy raczej sensem istnienia tego spektaklu?
Czym obrażony? Powinien się obrazić na świat współczesny. Na chamstwo, agresję, przeinaczania znaczeń, wrzask polityków...
W 1995 roku rolę Ubu grał Jacek Mąka, dziś jego syn Łukasz. Czy to była decyzja czysto artystyczna, a może miała na to wpływ świadomość, że tworzy się tu niezwykle silna linia symboliczna, niemal teatralny mit?
To była decyzja czysto artystyczna. To że Jacek Mąka grał tę rolę 31 lat temu, nie znaczy, że z założenia posłużyłem się pewną symboliką. Przeszła rola z ojca na syna. To fakt. Linia symboliczna – teatralny mit...
Z aktorów, którzy grali w tamtym przedstawieniu nie ma nikogo w obecnej obsadzie. Został scenograf Krzysztof Małachowski i ja – starsi o 31 lat, żyjący w innym świecie, bogatsi o o drogę twórczą, którą przeszliśmy.
Płock nie jest neutralnym miejscem dla „Ubu”. Mamy tu Themersonów, muzealne wystawy, historię awangardy, wcześniejszą Pańską inscenizację z 1995 roku. Czy czuje Pan, że w Płocku „Ubu..” pracuje inaczej niż w dużych ośrodkach teatralnych?
Płock nie jest wyjątkiem. Umówmy się – Themersonowie istnieją w świadomości niewielkiej części społeczności. Naprawdę w niewielkiej, chociaż jest to ważna obecność, duchowa... Czy spektakl będzie inaczej odbierany? To będzie zależało czy widz zrozumie rzeczywistość przedstawienia w krzywym zwierciadle.
W „Ubu Królu” przemoc i wojna są pokazane w formie groteski, niemal farsy. Czy groteska w teatrze nadal ma siłę demaskowania zła, czy grozi jej dziś spłycenie przez nadmiar realnej grozy?
Były takie głosy, że po II wojnie światowej, po grozie obozów koncentracyjnych, nie ma już o czym pisać. A jest ciągle. Widoczne w „Ubu…” są nawiązania do „Makbeta”. Pamiętajmy, że groteska jest obrazem świata, innym spojrzeniem na rzeczywistość, pokazując ją w krzywym zwierciadle, pozwala pokazać jej grozę.
Gdyby dziś Alfred Jarry usiadł na widowni Teatru Dramatycznego w Płocku – 28 marca 2026 roku, czy śmiałby się z naszego świata, czy raczej uznałby, że Ubu przestał być karykaturą, a stał się portretem realnej władzy, którą obserwujemy na co dzień?
Ależ oczywiście! Jak wspominałem Jarry napisał „Króla Ubu” jako karykaturę świata. Świat wchodził powoli w okres fin de siècle, tej błogiej epoki przełomu XIX w i XX w. Ale gdyby Jarry spojrzał na swój dowcip – bo to był dowcip, młodzieńczy wygłup, to zobaczyłby, że rzeczywiście dał obraz świata – ludzkich zachowań, archetypów, które są ogniskowane w osobie Króla Ubu, Ubicy, w Bardiorze. W „Ubu” ważna jest też surrealistyczna zabawa ze słowem.
Gdyby dziś miał Pan wskazać jedną scenę albo jeden moment w „Ubu Królu”, który mówi najwięcej o polityce, o człowieku, który by to był?
Nie ma takiego jednego momentu w tej sztuce. To całość, z której robi się mozaika. Jest w tekście jedno słowo „grówno”. Dla mnie tożsame ze słowami Profesora z „Operetki” Gombrowicza, oddające najpełniej mój, a sądzę że wielu, stosunek do współczesnego świata – „rzyg, rzyg, rzyg”.
Dziękuję za rozmowę.
