OBOWIĄZEK INFORMACYJNY

Zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 roku w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE informujemy, iż na stronie internetowej Administratora znajduje się obowiązek informacyjny (zgodnie z art. 13 RODO), w którym wskazujemy w jaki sposób Państwa dane osobowe przetwarzane są przez Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego ul. Nowy Rynek 11; 09-400 Płock. Prosimy o zapoznanie się z niniejszą klauzulą informacyjną

PLIKI COOKIES

Informujemy także, iż my i nasi partnerzy wykorzystujemy technologie, takie jak pliki cookies, i przetwarzamy dane osobowe, takie jak adresy IP i identyfikatory plików cookies, w celu spersonalizowania treści w oparciu o Twoje zainteresowania, mierzenia wydajności treści oraz uzyskiwania wglądu w odbiorców, którzy widzieli treści. Kliknij poniżej, aby wyrazić zgodę na wykorzystanie tej technologii i przetwarzanie danych osobowych w tych celach. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były wykorzystywane, kliknij w link Zarządzanie cookies, aby dowiedzieć się jak je wyłączyć.

Informujemy Ciebie, że w ramach serwisu używane są także także tzw. „niezbędne” pliki cookies niezbędne do funkcjonowania strony internetowej, umożliwiające korzystanie z usług dostępnych w ramach Serwisu, służące do zapewnienia bezpieczeństwa, np. wykorzystywanie do wykrywania nadużyć w zakresie uwierzytelniania itp. Szczegóły zawarte są w Polityce Prywatności

W przypadku pytań i wątpliwości co do zakresu przetwarzania Twoich danych przez Administratora zalecamy kontakt z Inspektorem Ochrony Danych - p. Rafałem Andrzejewskim. Kontakt: iod@teatrplock.pl, lub tel. 504 976 690.

Polityka Prywatności  |  Zarządzanie cookies
ROZUMIEM
Znajdź nas:

Wszystkie twarze „Świętoszka” - rozmowa z Tomaszem Grochoczyńskim

Tomasz Grochoczyński

Nie łączyłbym tej sztuki z konkretną instytucją. 
Skupiam się na relacjach międzyludzkich, 
wykorzystywaniu pozycji i manipulacji. 
Komizm jest tu jedynie formą, pod którą kryje się 
niezwykle aktualne studium nadużycia władzy.

Wszystkie twarze „Świętoszka”

Rozmowa z Tomaszem Grochoczyńskim – reżyserem „Świętoszka” Moliera, byłym dyrektorem Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku (1985–1990) oraz wieloletnim wykładowcą, dziekanem Wydziału Aktorskiego (2008–2012) i prorektorem (2012–2016) Akademii Teatralnej im. 
Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie.
Leszek Skierski: Przez lata kształtował Pan oblicze artystyczne płockiego teatru jako jego dyrektor naczelny i artystyczny. Jakie to uczucie wracać na tę scenę w roli reżysera realizującego tak monumentalny tekst, po tym jak nie tak dawno wystawił Pan tu również „Zemstę” Aleksandra Fredry?
Tomasz Grochoczyński: Przyjeżdżam tu z ogromną sympatią. Spotykam ludzi, którzy naprawdę chcą pracować dla tego teatru – od aktorów po cały zespół zaplecza technicznego i administrację. Spędziłem tu pięć fantastycznych lat. Wtedy organem prowadzącym był Urząd Wojewódzki. Z tego okresu dobrze wspominam, m.in. wojewodę Antoniego Bielaka oraz: Urszulę Kubiak, Natalię Kalinowską-Witek, i Romualda Dobrzenieckiego – szefa Wydziału Kultury i Sztuki. Dziś obserwuję nowy organ prowadzący – Urząd Marszałkowski w Warszawie. Marszałek Adam Struzik również wkłada dużo serca w to, aby płocki Teatr funkcjonował na właściwym poziomie.
Czyli w pewnym sensie to powrót do domu?
Zostałem dyrektorem w Płocku dzięki Ignacemu Gogolewskiemu i mojej żonie. Gdy zapytano Gogolewskiego, kogo widziałby na tym stanowisku, odpowiedział krótko: „Weźcie kogoś młodego”. Ponieważ byłem młody, spełniałem ten warunek. Potrzebna była jeszcze zgoda żony, bo mieliśmy dwójkę małych dzieci. Nasz pięcioletni wówczas syn zagrał zresztą w płockim Teatrze młodego Piłsudskiego w „Żelaznych kwiatach” Bohdana Urbankowskiego.
To był chyba pierwszy spektakl wystawiony wówczas bez cenzury…
Tak. Pamiętam, jak przyszli do mnie przedstawiciele władzy i powiedzieli: „Mamy do ciebie zaufanie”. To było 1 maja. Szedłem w pochodzie ze Zdzisławą Sieczkowską i Józefem Muszyńskim. Gdy wróciłem do gabinetu, siedzieli już tam „smutni panowie” z pytaniem: „Gdzie jest zespół?”. A zespół szedł w innym pochodzie – z przedstawicielami Kościoła i opozycją. Musiałem wtedy, mówiąc obrazowo, odpowiednio przykryć ten incydent.
Ale nie były to chyba dla płockiego Teatru najtrudniejsze czasy? Placówka cieszyła się chyba sporymi względami?
W pewnym sensie tak. Opowiem anegdotę: przyszedł do mnie kiedyś kierownik techniczny Józef Muszyński i oznajmił, że nie mamy drewna na scenografię. Poprosiłem, by chwilę poczekał, udałem się do odpowiednich osób, załatwiłem sprawę i uradowany, niemal w podskokach, wracałem do teatru. Na progu zatrzymuje mnie Ewa Cichocka i mówi: „Panie dyrektorze, był telefon z miasta, że pijany dyrektor idzie ulicą Tumską!”. Spotykałem się też czasem z zarzutami, że teatr gości lokalny establishment. Ale to była jedyna reprezentacyjna sala w Płocku. Musieliśmy współpracować z władzą, tym bardziej że szła nam ona na rękę.
Czyli powrót do Płocka to powrót na znany teren, ale bez taryfy ulgowej?
Powrót do Płocka to dla mnie zawsze powrót do domu. I rzeczywiście – bez żadnej taryfy ulgowej.
Jednak rola reżysera różni się od funkcji dyrektora, której Pan wcześniej doświadczył…
Pozwoli Pan, że sięgnę do moich korzeni. Na trzecim roku studiów miałem zajęcia z prof. Bohdanem Korzeniewskim, dziekanem Wydziału Reżyserii warszawskiej PWST. Zawsze powtarzał: „Najpierw zagrajcie na scenie normalnie, po Bożemu, żeby zobaczyć, o co chodziło autorowi, a dopiero potem eksperymentujcie”. Co do samej roli: bycie reżyserem, gdy nie jest się już dyrektorem, daje pełną wolność i pozwala skupić się wyłącznie na materii artystycznej.
Wspomniał Pan o prof. Korzeniewskim, autorze cenionego przekładu „Świętoszka”…
Tak. Profesor przyjechał nawet do Płocka na premierę „Świętoszka” w 1985 roku w reżyserii Macieja Dzienisiewicza. Bardzo to przeżyłem, bo był nie tylko moim wykładowcą, ale i uznanym tłumaczem Moliera. Mimo zdenerwowania dostrzegłem na jego twarzy, że chyba był zadowolony z tamtej realizacji.
Przejął Pan w pewnym stopniu rolę mistrza. Czy realizacja „Świętoszka” w miejscu, gdzie zna Pan niemal każdą deskę na scenie, daje poczucie bezpieczeństwa?
Tak, ponieważ pracuję z zespołem, który rwie się do pracy. Tym bardziej że „Świętoszek” poza warstwą komediową kryje w sobie ogromny ładunek psychologiczny.
Jest Pan znany z wyczucia klasyki, choćby z realizacji dzieł Fredry. Jak podszedł Pan do wiersza Moliera w kontekście dzisiejszego języka i wrażliwości scenicznej?
Wiersz Moliera jest klasyczny, co nie znaczy, że prosty. Tekst jest obszerny i wymaga precyzyjnych skrótów, by nie zachwiać jego melodyki. Co kluczowe – tradycyjny wiersz nie może być na scenie ciężarem. Celem jest odnalezienie w nim naturalnego rytmu współczesnej rozmowy. Język Moliera to precyzyjne narzędzie psychologiczne: wiersz ma pomagać aktorowi w budowaniu emocji i prowadzeniu myśli, a nie stanowić jedynie popis dykcyjny.
Sięga Pan po przekład Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Profesor Korzeniewski nie miałby do Pana pretensji, że nie wybrał Pan jego tłumaczenia?
(śmiech) Trudno powiedzieć. Zawsze mógłbym odpowiedzieć, że tamto tłumaczenie już tu grano! A Boy-Żeleński był językowo bliższy epoce, w której żył autor.
„Świętoszek” bywa grany jako lekka satyra, ale potrafi też przerażać jako studium manipulacji. Wiara staje się tu tłem dla szerszego problemu władzy. Gdzie na tej skali plasuje się Pana inscenizacja?
W pełni się z Panem zgadzam. Molier nie uderza w Kościół czy duchowieństwo, lecz w bigotów, którzy jedną ręką rozdają jałmużnę, a drugą zabierają. Nie łączyłbym tej sztuki z konkretną instytucją. Skupiam się na relacjach międzyludzkich, wykorzystywaniu pozycji i manipulacji. Komizm jest tu jedynie formą, pod którą kryje się niezwykle aktualne studium nadużycia władzy. Szukam równowagi: spektakl musi zachować lekkość teatru molierowskiego, ale w kluczowych momentach ujawniać bezwzględność jednostek żerujących na cudzej naiwności.
Molierowski Tartuffe to postać ikoniczna. Co w jego portrecie uważa Pan za najbardziej niebezpieczne dla współczesnego widza?
Bezwzględną hipokryzję i kłamstwo.
W powszechnym odbiorze Tartuffe to jednoznaczny szwarccharakter, a Orgon – naiwna ofiara. Jak uniknąć czarno-białych klisz?
Płocki zespół cechuje się dużą dyscypliną warsztatową, elastycznością oraz umiejętnością pracy zespołowej. Tutejsi aktorzy potrafią łączyć dojrzałość formalną z prawdą emocjonalną, co pozwala budować wielowymiarowe postaci bez popadania w szablony.
Jako były profesor Akademii Teatralnej traktuje Pan pracę nad klasyką w Płocku jako misję edukacyjną dla młodszej części obsady?
Lata pracy w Akademii naturalnie przekładają się na teatr. Praca nad tekstem klasycznym z młodymi aktorami to nauka precyzji: prowadzenia frazy, budowania postaci na fundamencie tekstu oraz rozumienia struktury dramatu. To proces edukacyjny w najlepszym wydaniu – oparty na partnerstwie. Przypomniałem o tym zespołowi na pierwszej próbie. Nacisk na te elementy kładli moi mistrzowie: wspomniany Bohdan Korzeniewski, Jan Świderski, Aleksander Bardini czy Kazimierz Rudzki. Moim profesorskim obowiązkiem jest o tym nieustannie przypominać.
Ważnym elementem Pana inscenizacji jest wizualna strona spektaklu. Jak układa się współpraca z autorką scenografii, Małgorzatą Walusiak?
To nasza kolejna wspólna realizacja – współpraca z Małgorzatą trwa już od wielu lat i opiera się na głębokim, wzajemnym zrozumieniu wizji teatralnej. Jej wyczucie przestrzeni i wrażliwość plastyczna doskonale dopełniają myśl reżyserską. Pamiętam, jak przy naszej realizacji „Ślubów panieńskich” publiczność zareagowała spontanicznymi brawami tuż po podniesieniu kurtyny, zachwycona samą scenografią. Przy „Świętoszku” również stworzyła przestrzeń, która nie tylko buduje estetykę spektaklu, ale też aktywnie współtworzy dramaturgię i podkreśla opowiadaną przez nas historię.
Z jakim pytaniem chciałby Pan pozostawić widza po obejrzeniu spektaklu?
Widz powinien opuścić teatr z pytaniem o własną czujność: W jakich momentach my sami stajemy się Orgonami i ulegamy współczesnym fałszywym prorokom? Sztuka ma skłonić do refleksji nad tym, jak łatwo dać się zmanipulować, gdy szukamy prostych odpowiedzi na skomplikowane pytania.
Dziękuję za rozmowę.