Kiedy zaczęliśmy pracę nad spektaklem o Wiśle, uznaliśmy, że oprócz materiałów historycznych i tekstów źródłowych, warto poznać historie mieszkańców nadwiślańskich terenów. Okazało się, że pomysł był bardzo trafiony i otrzymaliśmy sześć tekstów, które stały się inspiracją do kilku scen w spektaklu „Na Wiśle śpiewają oryle”.         

Autorką tekstu, który zainteresował nas najbardziej, jest Jolanta Michalska. Niebawem ukaże się książka autorki pod tytułem Opowieści mojej mamy - czasy PRL-u, która jest kontynuacją pozycji Opowieści mojej mamy - czasy okupacji.

 

Gmury to niewielka osada rybacka należąca do Ośnicy, położona na prawym brzegu Wisły, na zachód od Borowiczek i południe od Grabówki. Z Borowiczek na Gmury prowadziły dwie drogi, jedna dla pieszych, a druga dla pojazdów.

W Borowiczkach powiadali, iż na Gmurach mieszka sama biedota, żyjąca z połowu ryb na Wiśle, a ich domy to takie „chatki na kurzej łapce”. Smutne to, ale prawdziwe. W nadwiślańskiej osadzie żyli ludzie biedni, z pracy rąk, mieszkający przeważnie w starych i lichych chałupkach, pokrytych słomianą strzechą. Licha chałupka Adamka Zycha dosłownie wrastała w ziemię i sprawiała wrażenie, że okna wyrastają z ziemi, a dach na niej siada. Stary dom Jana Kolczyńskiego świecił dziurami między próchniejącymi balami, które stale trzeba było zatykać szmatami. W starej chatce u Mazurów bale przegniły, przechyliła się na stronę północną i trzeba było ją rozebrać, bo rozlatywała się i groziła zawaleniem. Tylko dwóch sąsiadów: Józef i Katarzyna Zawadzcy oraz Józef i Czesia Matlęga, miało solidne, bliźniaczo podobne do siebie domy, murowane, z czerwonej cegły, i pokryte eternitem, nowe, wybudowane tuż przed II wojną światową.

Wisła była ich żywicielką i warsztatem pracy. Trudnili się połowem ryb i cedzili wodę sieciami, jak gospodyni zupę sitkiem. Każdy miał swoją łódkę, którą wykorzystywał na swój sposób. Jedni wypływali nią na połowy ryb, drudzy przewozili pasażerów zarobkowo na drugi brzeg rzeki, a jeszcze inni jeździli na spacery po Wiśle, bądź wyławiali płynące rzeką drewno na opał, podczas jej przyboru.

Odbudowany po zniszczeniach wojennych drewniany most w Wyszogrodzie, liczący 60 drewnianych przęseł, w marcu 1947 r. uległ zniszczeniu przez napierające zwały kry i lodu. Nie zdołał oprzeć się niszczycielskiej sile brył lodowych, drewniane podpory i całe przęsła mostu, razem z lodem, popłynęły w dół, z prądem rzeki. Do mieszkańców nadwiślańskich wiosek, położonych poniżej Wyszogrodu, znowu los uśmiechnął się, dając biednym ludziom drewno w prezencie, jednym na budowę, a drugim na opał. Mieszkańcy Gmur wyłapywali płynące bale, kto tylko mógł i ile zdołał wyłowić. Najwięcej drewna zdobyli Jan Kolczyński i Wital Zych.

Wrócił Jan do domu znad Wisły zmęczony i mówi do żony:

 - Wiesz Nacia, będę budował nowy dom.

- Co ty mówisz? Nie mamy ani pieniędzy, ani materiału na dom - odrzekła zasmucona.

- Nacia, moja kochana, materiał na dom już mamy, sam do nas przypłynął Wisłą, a reszta znajdzie się, jak dobry Bóg da zdrowie - powiedział Jan.

Natalia popatrzyła na męża z zaciekawieniem, a on opowiadał jej, jak to płynęło drewno rzeką, a on z Witalem Zychem nałapali go tyle, że na nowy dom wystarczy w zupełności.

- Znowu los okazał się dla nas łaskawy, bo stara chałupa ledwo co stoi i świeci dziurami - rzekła żona, a w jej głosie wyczuwało się zadowolenie.

- Nie „po próżnicy” starsi ludzie powiadają: „ogień strawi wszystko, a woda, jednemu zabierze, a drugiemu da”, to święta racja - dodała po namyśle Natalia.

Jan Kolczyński nałapał masę drewna płynącego rzeką i wystarczyło go na cały nowy dom. Stefan Motyka przywiózł je wozem znad Wisły i zostało złożone na kupę, przy granicy z sąsiadem Zalewskim. Jak drewno przeschło przyszedł Czerniak z synem i pocięli bale na dechy. Ojciec poszedł do gminy, dostał pozwolenie na budowę i wiosną następnego roku zaczął stawiać dom, większy od starego i stał on bliżej drogi i granicy z sąsiadem Zalewskim. Miał dwa pokoje po jednej i po drugiej stronie, pośrodku znajdowała się kuchnia, a do pomieszczeń wchodziło się z małego i wąskiego korytarzyka. Przy wejściu do niewyszykowanego jeszcze pokoju, zwanego „pustą izbą” stała drabina i po niej wchodziło się na strych. Okien i drzwi jeszcze nie założono, więc na zimę otwory zostały zabite deskami. Krucho było i z pieniędzmi i z eternitem, więc Jan przywiózł słomy z Grabówki od Wacka Stefańskiego. Późną jesienią przyszedł Stefański z Walczakiem i całość budynku pokryli słomianą strzechą - wspomina 80 - letnia Kamila.

Jednak los przestał sprzyjać rodzinie Kolczyńskich znad Wisły. W maju 1950 r. budowę domu przerwała tragiczna śmierć Jana i dalsze prace budowlane Natalia prowadziła już sama. Nocą 10 kwietnia 1950 roku doszło na budowie do nieszczęśliwego wypadku. Jan chciał dolać nafty do lampki naftowej, otworzył bańkę z naftą, tylko fuchnęło, rozerwało ją na kawałki, w pobliżu stał żeliwny piecyk, nagrzany do czerwoności i nagle wszystko wokoło stanęło w płomieniach i on też. - Ojciec cierpiał strasznie, z pęcherzy sączyła się ropa, poszło zakażenie i niestety zmarł po wielkich cierpieniach, w maju 1950 roku – wspomina Kamila.

Nad brzegiem Wisły, porośniętym różnego gatunku krzakami, była wąska ścieżka wydeptana przez mieszkańców osady. Obok niej rosła gęsto wiklina, a skarpę porastały wysokie topole białe, chroniące brzeg przed rwącym prądem rzeki. Wisła ostrym łukiem zakręcała przy „główce” w Borowiczkach.

Kto miał swój bat, to ciągnął żwir z dna Wisły. Do wyławiania żwiru potrzebowano kacerzy. Na długim, drewnianym drągu, zawieszone były blaszane kubły z metalową obręczą u góry. W zależności od zlecenia stosowano kubły z dziurami lub plecione z drutu. Na grubszy żwir używano plecionki, a na drobniejszy dziurawek. Na środku Wisły stał zakotwiczony bat na dużej kotwicy, pracownicy poruszali kacerzami, płukali żwir i ładowali go do łodzi. Znali się na tym, pukali wiosłem po dnie, czy jest piasek, czy żwir i jakiej grubości. Dosłownie piasek szumiał, a kamyczki żwirku pukały. Zanurzali kacerze w wodzie, nogami opierali się o burtę, ciągnęli je do góry i wysypywali żwir do środka łodzi, która zawsze była załadowana do góry pod samą burtę. Dopływali do brzegu i szli kamienistym brzegiem porośniętym krzakami, a oni przepasani szelkami przez plecy, ciągnęli tę łódź z mokrym żwirem aż do portu na „główce” w Borowiczkach. Ciężka to była praca i wielu robotnikom nie wystarczało na nią sił.

Adamscy kupili bat, długą i głęboką łódź z czubem rozchyloną po bokach. Z drugiej strony łodzi znajdowała się budka i ławka z otworem na żagiel. Łodzią tą ciągnęli żwir z Wisły, wynajmowali ludzi i płacili im z metra. Szło dobrze zarobić, ale praca była bardzo ciężka. Piasek należało wydobyć z rzeki, zaciągnąć go do „główki”, do portu w Borowiczkach i tam wyładować na brzeg. Przy sprzyjającym wietrze, wstawiało się żagiel i bat płynął lekko, ale przy bezwietrznej pogodzie należało się natrudzić, aby kilka kilometrów pociągnąć bat z mokrym piachem do portu i dodatkowo jeszcze pod prąd. Często łapali żwir po dole, przeważnie koło krzyża, tak jak obecnie jest przepompownia. - Nawet raz mój Tolek poszedł, niezwyczajny ciężkiej roboty, jak wrócił, to ledwo żywy, w nocy nie mógł się na łóżku przekręcić, wszystko go bolało i więcej już nie poszedł na zarobek - wspomina Kamila.

Kiedyś poszłam do Heni Wierzbickiej, jej ojciec właśnie wrócił do domu po całej nocce na wodzie, nie miał już nawet siły, aby się rozebrać, legł w kapocie i czapce na ławce przed domem i tak spał, a jak odpoczął trochę, dopiero umył się i położył do łóżka. Miał taki fajny gumowy kombinezon, pod same pachy, zakładał go na drelichy, żeby nie przemiękły. Gdy się wyspał, to przebierał sieci, czyścił je z patyków i liści, reperował i łatał dziury zrobione przez większe okazy ryb.

Pamiętam, jak przy końcu lat sześćdziesiątych Andrzej Wierzbicki z Witalem Zychem wrócili z wody i osadę obiegła wieść, że złapali olbrzymiego jesiotra. Wszyscy, kto tylko żywy pobiegli go zobaczyć. Ja tego okazu nie widziałam, ponieważ przywiązano go grubą liną do dużego drzewa rosnącego nad brzegiem rzeki i tylko było widać „jak chodził” pod wodą. Gdy ryba trzasnęła ogonem, po wierzchu poszły zwary[1], jak od statku parowego. Rybak zameldował do spółki rybackiej o swoim połowie, przyjechali, wydeptaną ścieżką zeszli z górki nad brzeg rzeki, nawet dużo nie dyskutowali, przecięli linę i puścili rybę wolno, mówiąc, że jesiotry są pod ścisłą ochroną gatunkową i jak gdyby nigdy nic, odjechali – wspomina Kamila.

Ojciec Heni mówił, że ryba mogła mieć ze 2 metry długości i około 200 kilogramów „żywej wagi”, nie mógł jej wyplątać z sieci z drugim rybakiem, porwała je i pokaleczyła im ręce.

Od wiosny do zimy ojciec łowił ryby. Miał swój przydział wody na Wiśle, od Dobrzykowa w górę, w stronę Wyszogrodu. Opłacał składki i tylko on na tym odcinku rzeki mógł łapać ryby. Nie miał silnika, a płynąć na pojastki[2] pod prąd, w górę Wisły, to musiał zdrowo naciągnąć się, aby dotrzeć na swoją wodę. Nieraz jak płynął parowiec, z Płocka do Warszawy, wtedy ojciec z Zygmusiem, ostrożnie podpływali do niego, podczepiali się, wiedzieli już jak bezpiecznie podpłynąć do statku, a on holował ich na miejsce.

Raz zdarzyło się tak, podczas dużego wiatru, że łódź za mocno uderzyła w statek i wywróciła się do góry dnem. Obaj, ojciec i brat, wpadli do wody, ale nad Wisłą wychowani, umieli pływać, więc poradzili sobie. Potopiło się wszystko to, co było w łodzi, nawet jeden nowy kamasz Zygmusia. Tak się szczęśliwie złożyło, że któryś z sąsiadów akurat robił pław na rzece, nie pamiętam już kto, ale złapał płynący kamasz i przyniósł go do nas, do domu – wspomina z uśmiechem Kamila.

Pływające po Wiśle parowce stały się atrakcją nie tylko dla pasażerów, ale również dla mieszkańców nadwiślańskich wiosek. - Gdy któryś ze statków zbliżał się do „główki” i czekał na pasażerów, wówczas miejscowe chłopaki podpływali do niego wpław, wchodzili na pokład, skakali z niego do wody i z powrotem wracali na brzeg, a robili to tak sprytnie, że nikt z załogi statku nigdy ich nie zdołał złapać - wspomina Kamila. Ryzykowali wiele, ponieważ mogli dostać się pod koło parowca, a w dodatku było tam bardzo głęboko, podczas budowy portu przy główce potworzyły się wiry, które łatwo mogły wciągnąć śmiałka, ale to żadna przeszkoda dla żądnych przygód młodych, nastoletnich chłopaków.

Dziś parowce zniknęły z żeglugi śródlądowej, możemy je tylko wspominać i podziwiać na starych fotografiach, ponieważ nie ocalał żaden z nich. Nikt nie zadbał o relikty przeszłości, statki parowe kursujące po Wiśle, przegrały z transportem kolejowym i drogowym.

Jolanta Michalska


[1] zwary - falujące ślady na wodzie

[2] pojastki- krótkie wiosła

Podpisy pod zdjęciami:

1.Wacław Adamski w środku, z synem Edkiem, z prawej, na bacie. Zdjęcie z archiwum domowego Bogusławy Szuniewicz.

2.Wacław Adamski na swoim bacie. Zdjęcie z archiwum domowego Bogusławy Szuniewicz. 

3.Wnętrze bata, głębokiej łodzi do przewożenia żwiru, gabarytami różniącej się od zwykłej łodzi rybackiej, na jej dnie widoczne kubły na długim, drewnianym kiju. Zdjęcie z archiwum domowego Bogusławy Szuniewicz.