Farsa w teatrze jest jak truskawka na torcie

Pan chyba żartuje

Ze Stefanem Friedmannem –  aktorem, satyrykiem, reżyserem farsy Szalone nożyczki Paula Pörtnera, rozmawiał Leszek Skierski. 

Zacznijmy od „łyżki dziegciu”, którą dyrektor Marek Mokrowiecki „zamieszał” w repertuarze. W poprzednim numerze „ATP” zapytał prowokacyjnie czytelników – Czy mamy grać same farsy? I nie czekając na odpowiedź dodał –  Nie tylko od tego jest Teatr publiczny.

Czytałem jego wypowiedź w „Aktualnościach Teatru Płockiego” i cieszę się, że w jakimś sensie zaakceptował farsy w płockim teatrze. On wymierzył równo „łyżkę dziegciu”, a ja dodałem do repertuaru dwie „łyżki miodu”. W obronie posłużę się przerobionym cytatem znanego piłkarza i komentatora sportowego Tomasza Hajto – „Farsa w teatrze jest jak truskawka na torcie”.

Doprawdy?

Przymiotnik „dramatyczny” w nazwie teatru odnosi się do sztuki, a nie do rodzaju. Dramatem są zarówno komedie, jak i tragedie – to rodzaj sztuki teatralnej. Żeby dać sobie radę z komedią, lub farsą, trzeba myśleć precyzyjnie, matematycznie. Poczucie humoru też się przydaje. Na tym jednak nie kończy się „zabawa” w teatr. Żeby komedia lub farsa wyszła, trzeba mieć pomysł i zespół, który potrafi to zrealizować. 

Chce pan powiedzieć, że trudniej jest być aktorem komediowym?

Oczywiście. Łatwiej jest wzruszyć, a nawet doprowadzić do płaczu, niż szczerze rozbawić kogoś do łez.

Jest pan specjalistą w tej dziedzinie, o ile tak można powiedzieć o aktorze i reżyserze. Zaczynał pan karierę w kabarecie studenckim w Hybrydach, już jako licealista, między innymi z Wojciechem Młynarskim. To dobra szkoła humoru.

Kiedyś w kabarecie liczyło się słowo. Trzeba było umieć nie tylko napisać monolog, ale i przewidzieć reakcję widza, dla którego jedna puenta – zaskoczenie, to za mało; po niej powinna pojawić się druga… jeszcze lepsza. Kabaret, to dobra szkoła dla tych, którzy chcieliby się zmierzyć z farsą, gdzie gra i sposób reakcji opiera się na lekkości i luzie. Ale przede wszystkim na precyzji i logice.      

Wciąż realizuje się pan w pisaniu tekstów satyrycznych, niejednokrotnie rozpalając czytelników do czerwoności. Niektórzy nawet sugerują panu przytemperowanie pióra…

Skąd pan to wie?

Od Pana, po naszej ostatniej rozmowie…

Nie chciałbym personalizować, ale fakt, zdarzają się takie sugestie. Strach przed utratą pracy, wpływów – naciski polityczne; wszystko to paraliżuje rzeczywistość wokół nas. To smutne zjawisko… Ludzie nie rozumieją, że odwieczną potrzebą ludzkości jest drwina, kpina. Negacja może dawać siłę. Ja nie jestem satyrykiem, tylko humorystą. 

Dziwi to pana? – „Przychodzi mi coś do głowy i muszę się odszczekać” – to przecież pana słowa –  rodzaj „okrucieństwa”, czy próba obnażenia rzeczywistości z tego, że „król jest nagi”, albo że np. „wielka sława to żart”? Nawet w płockim teatrze ludzie komentują, że nigdy nie wiedzą, kiedy Friedmann mówi poważnie…

To najlepsza zasłona, jaką można sobie wyobrazić – mówić coś, co może być rozumiane dwuznacznie – co może być śmieszne, albo poważne. Właśnie dzięki humorowi człowiek swobodnie wznosi się nad posępną rzeczywistość i przeżywa ją jako zabawę.

Bez względu na okoliczności?

O rzeczach poważnych też można mówić w sposób żartobliwy. Ważne są forma i wyczucie, i to, żeby nie sprawić komuś przykrości. To rodzaj inteligencji, optymizmu, którym się na co dzień kieruję.  Humor to sposób odczuwania i myślenia.

Miesiąc temu dostał pan w swojej dziedzinie sztuki nagrodę „Optymista 2017 roku”. To wielkie wyróżnienie.

A wie pan kto to jest optymista? Dla optymisty świat stoi otworem, a tylko pesymista wie od czego to jest otwór…

Znów żartujemy...

I o to chodzi. Bo dużo łatwiej jest znosić przeciwności losu w żartobliwej formie. Ja uważam, że nie ze wszystkiego wypada żartować, choć… Woody Allen uważa inaczej, że nie ma granic jeśli się o czymś mówi dowcipnie. Ale dowcip nie zawsze bywa śmieszny. Według mnie żart nie powinien sprawiać przykrości. To jedyny warunek jego stosowania. Jego granice są nie do określenia. 

A jaki jest Stefan Friedman w domu, przy żonie, dzieciach, wnuczkach? 

Staram się… Ale już mi brakuje argumentów. Minęło 49 lat. Nie wiem, czy po tylu latach ktokolwiek miałby jeszcze w sobie taki zapas dowcipu i żartu, żeby zaskakiwać.

A ostatni żart?

Dawno temu, kiedy wróciłem późno do domu, nie mając żadnych argumentów zacząłem otwierać wszystkie szuflady w szafie. Żona stała wściekła w koszuli nocnej. W pewnym momencie nie wytrzymała i zapytała – czego ty szukasz? Odpowiedziałem – odrobiny serca w tym domu.

To jak z farsy. Jest jeszcze coś, co może zaskoczyć pana żonę?

Nie tylko ją! Ale od poważnych rzeczy w naszym domu jest moja żona.  

Rozumiem. Na koniec wrócę jeszcze do pierwszego wątku naszej rozmowy. Dyrektor Marek Mokrowiecki dał się jednak przekonać do kolejnej farsy w płockim teatrze.

Bo takie było oczekiwanie płockiej publiczności. Ostatnie spektakle: Mayday, Mayday 2, wcześniej Kochane pieniążki cieszyły się dużym powodzeniem. Owacje były na stojąco, ludzie zaczepiali mnie na ulicy i dziękowali, że mogli obejrzeć – czasami po raz drugi lub trzeci, dany spektakl. Sztuka Szalone nożyczki jest napisana przez Niemca – Paula Pörtnera. Okazuje się, że w całej gamie znakomitych tytułów znalazł się niemiecki autor, z angielskim, amerykańskim i polskim… poczuciem humoru. Przeczytałem jego życiorys i okazało się, że autor jest podobny do mnie, kocha żart sytuacyjny – slapstick, burleskę; kocha nieme kino, Braci Marx; jest laureatem nagrody Charliego Chaplina – żeby otrzymać taką nagrodę trzeba mieć swoiste poczucie humoru.

Szalone nożyczki cieszą się ogromnym powodzeniem na całym świecie. Nie dość powiedzieć, że w ogólnoświatowym rankingu fars są na drugim miejscu, zaraz po sztuce Pułapka na myszy Agathy Christie. Czym Szalone nożyczki różnić się będą od innych fars wystawionych na płockiej scenie?

Są farsą kryminalną. Nie chcę zdradzać fabuły przedstawienia, ale powiem tylko, że publiczność decydować będzie o rozwoju akcji. I to publiczność wybierze, większością głosów, kto jest mordercą. Ciekawostką jest również to, że akcja rozgrywać się będzie zawsze w tym miejscu, w którym grane jest przedstawienie. A więc wszystkie realia, z jakimi spotkamy się na scenie, będą z Płocka.  

A kogo tym razem zagra Stefan Friedmann?

Jednego z podejrzanych, dwuznacznego antykwariusza… zbieracza różnych dziwnych rzeczy. Zresztą wszyscy bohaterowie sztuki są mocno podejrzani.

To mnie akurat nie dziwi…

Pan chyba żartuje. I bardzo dobrze. Bo poczucie humoru to najwspanialszy dar natury.  Ten, co je otrzymał może uważać się za bogatego. Pożyczy mi pan stówę do premiery?

Wolę nie ryzykować. Wciąż nie wiem, czy pan żartuje, czy mówi poważnie…